Rozmawiamy z Aną Teresą Santos, brazylijską misjonarką w Polsce.
Jak to się stało, że jesteś misjonarką Brazylijką w Polsce?
Jeden z naszych ojców założycieli, ojciec Henrique, mówi, że „wirus miłosierdzia” stąd, z Polski, przekroczył ocean i dotknął nas tam, w Brazylii. Od początku istnienia naszej wspólnoty jesteśmy głęboko związani z Polską i duchowością miłosierdzia, ze św. Faustyną i św. Janem Pawłem II. Jednak około roku 2008 stało się to bardziej konkretne – nasi ojcowie założyciele zostali po raz pierwszy zaproszeni do głoszenia rekolekcji w Polsce. Stąd zrodziła się idea wielu rekolekcji – formacyjnych dla kapłanów, a także w parafiach.
Podczas tych rekolekcji zauważyliśmy również wiele osób, które pragnęły żyć naszą duchowością. W niektórych miastach, takich jak Szczecin, Warszawa i Buk, zaczęły powstawać grupy świeckich. W związku z tym wspólnota odczuła potrzebę wysłania kilku misjonarzy ze Wspólnoty Życia, aby towarzyszyli temu wzrostowi i rozeznali się, czy wolą Boga jest, abyśmy mieli dom misyjny w Polsce. Ja byłam wśród tych pierwszych misjonarzy – to był wielki dar od Boga!
Czy możesz w skrócie powiedzieć, co charakteryzuje wspólnotę, w ramach której posługujesz misyjnie, czyli ruch Przymierze Miłosierdzia?
Przymierze Miłosierdzia jest ruchem kościelnym założonym jako Prywatne Stowarzyszenie Wiernych, zatwierdzonym i posiadającym siedzibę w archidiecezji São Paulo w Brazylii. Nasza tożsamość wyraża się w słowach Chrystusa: „Duch Pana Boga nade mną, bo Pan mnie namaścił. Posłał mnie, by głosić dobrą nowinę ubogim” (Iz 61,1; Łk 4,18–19).
Rodzina Przymierza Miłosierdzia przyjmuje i łączy siły mężczyzn i kobiet, celibatariuszy oraz małżonków, świeckich i kapłanów, którzy na różne sposoby i w różnej mierze, wezwani przez Boga, stają się „dziećmi miłosierdzia”, aby ewangelizować zagubione owce (por. Łk 15,4–7). Świadomi nierozerwalnego związku pomiędzy głoszeniem i świadczeniem miłosierdzia, zobowiązujemy się harmonijnie łączyć ewangelizację i dobroczynność. W 16 miastach Polski mamy grupy, które spotykają się co tydzień, aby wspólnie modlić się, formować i „czerpać” ze źródła Miłosierdzia. Następnie te osoby wychodzą, aby ewangelizować – poprzez dzieła miłosierdzia, ewangelizację wśród osób bezdomnych, prostytutek, więźniów, a także poprzez rekolekcje w Kościele. Naszym pragnieniem jest być świadkami miłosiernej miłości dla najbardziej potrzebujących – zarówno w sensie materialnym, jak i duchowym.
Ruch jest też obecny w ponad 50 miastach Brazylii oraz w ośmiu innych państwach – w Polsce, Portugalii, Belgii, we Włoszech, w Mozambiku, Wenezueli, w USA i na Dominikanie – poprzez przynależność członków do jednego z więzów uczestnictwa we wspólnocie.
Jako imię konsekrowane wybrałaś Ana Teresa. Ana to Twoje imię z chrztu, a Teresa?
Święta Teresa od Dzieciątka Jezus była pierwszą świętą, do której miałam nabożeństwo. Pierwsza książka o świętych, jaką przeczytałam, gdy miałam 10 lat, również dotyczyła św. Teresy. W Brazylii niestety nie mamy zwyczaju wybierania imienia przy bierzmowaniu. Gdybyśmy mieli podobny zwyczaj, już wtedy wybrałabym imię Teresa! Zawsze zachwycało mnie proste i głębokie pragnienie Świętej Teresy od Dzieciątka Jezus, by całkowicie oddać się Bogu – bo On wie, jak posługiwać się każdym ze swoich dzieci, z ich cechami i darami! Nie muszę zmieniać swojej prostszej natury ani bardziej nieśmiałego temperamentu, aby być użyteczną dla Boga. On wkłada w moje serce pragnienie, ale także sposób, w jaki mam je zrealizować.
Znacznie później, już pod koniec mojego rozeznawania powołania do życia konsekrowanego w celibacie, podczas modlitwy czułam zaproszenie Jezusa, by być „jeszcze jedną Teresą na tym świecie”. By podjąć walkę tylu Teres, które potrafiły kochać Boga i bliźnich – Świętej Teresy z Ávili, Świętej Teresy od Dzieciątka Jezus, Matki Teresy z Kalkuty, Teresy Benedykta od Krzyża (Edyta Stein) oraz błogosławionej Marii Teresy Ledóchowskej… jest ich tak wiele! Inspirują mnie każdego dnia, by stawać się lepszą osobą i coraz bardziej pragnąć Boga oraz Jego woli.
Wspólnota, w ramach której posługujesz, uznaje za swoją „założycielkę” Matkę Bożą. Każdy z Was zawierza się Jezusowi przez ręce Maryi wg traktatu Ludwika Marii Grignion de Montfort. Jak realizuje się to zawierzenie w Twoim życiu?
Już wcześniej byłam zawierzona Jezusowi przez ręce Maryi według metody św. Ludwika, zanim poznałam wspólnotę. Dla mnie była to najprostsza forma, by mieć pewność, że moja modlitwa i moje pragnienie Boga nie „ulecą” przez pośpiech świata. Studiowałam wtedy na uniwersytecie, dużo pracowałam, należałam do akademickich grup modlitewnych Odnowy w Duchu Świętym i czułam, że wiele łask, których doświadczałam, mogłoby się zmarnować, gdybym nie była uważna. W tym kontekście po raz pierwszy przeczytałam „Traktat”, a słowa św. Ludwika napełniły mnie nadzieją! Istnieje „droga” i jest ktoś, kto może mi bezpośrednio pomóc w tej codziennej walce! To moja Matka – najlepsza osoba, która chce i może mi pomóc.
Później, podczas formacji, aby zostać misjonarką, doświadczyłam kolejnego potwierdzenia. Wchodząc do wspólnoty, wchodziłam również do Szkoły Maryi, od której uczymy się każdego dnia, jak zachowywać Słowo Boże w sercu, żyć nim i pozwalać, by Pan dokonywał cudów, których pragnie pośród nas! Ileż cudów mogłam doświadczyć dzięki temu prostemu zawierzeniu Maryi i pragnieniu, by Ją naśladować – trwać na modlitwie i prosić, aby spełniała się wola Boga w moim życiu.
Wspominałaś, że Maryja odegrała potężną rolę w Twoim zdrowieniu emocjonalnym. Czy chciałabyś opowiedzieć więcej o tym uzdrowieniu?
Najtrudniejszym okresem w moim życiu był czas dojrzewania i młodości. Znalazłam się sama na uniwersytecie w bardzo młodym wieku (miałam 17 lat), a moja rodzina przeżywała wiele kryzysów. Dla świata byłam osobą odnoszącą same sukcesy, inteligentną, ale nikt nie wiedział o ogromnych zmaganiach, które nosiłam w sercu. W tamtym czasie zmagałam się z głęboką depresją i zespołem lęku napadowego. Kto zna mnie dziś, nie jest nawet w stanie sobie wyobrazić, że kiedyś było aż tak źle… Ale dla tamtej Any sama myśl o wyjściu z domu, żeby kupić chleb, wywoływała panikę, i nie byłam w stanie wyjść… Brałam różne leki i nie widziałam wyjścia z tej sytuacji.
Aż pewnego dnia dobra przyjaciółka zaprosiła mnie do udziału w akademickiej grupie modlitewnej. Spotkania odbywały się w przerwach między zajęciami i trwały tylko 15 minut! Pomyślałam wtedy: „gorzej już chyba być nie może, więc mogę spróbować pójść na to spotkanie”.
Kiedy przyszłyśmy, temat dnia dotyczył Maryi i tego, jak bardzo pragnie troszczyć się o nasze emocje. Zrobiono też bardzo prostą „dynamikę”: 1 minuta z Maryją – każdy miał dokładnie 1 minutę, aby wziąć do ręki figurkę Matki Bożej i powierzyć Jej swoje serce. Myślę, że była to jedna z pierwszych szczerych modlitw w moim życiu. Z wielką prostotą powiedziałam Maryi: „Mamo, ja już nie daję rady. Ten smutek, ta rozpacz, brak umiejętności radzenia sobie z trudnościami w mojej rodzinie…”. To był krótki moment, ale bardzo intensywny i płynący z całego serca.
Wracając do domu, dostałam kolejnego, bardzo silnego ataku paniki. Pobiegłam do swojego pokoju, byłam sama w domu i postanowiłam położyć się na łóżku – bałam się umrzeć i zostać znalezioną gdzieś indziej. I wtedy wydarzyło się coś, co do dziś trudno wyrazić słowami… Położyłam się, ale miałam wrażenie, że moja głowa nie spoczywa na poduszce, lecz że Ktoś mnie obejmuje i podtrzymuje w swoich ramionach. Podniosłam się przestraszona, myśląc: „co to za dziwne uczucie!”. Położyłam się jeszcze raz i znów to głębokie doświadczenie ogarnęło całe moje wnętrze. To nie była poduszka – ktoś mnie obejmował… To była Maryja! To była moja Mama, która razem z Jezusem troszczyła się o mnie w momencie, kiedy najbardziej tego potrzebowałam.
Dziś wiem, że tamtego dnia doświadczyłam uwolnienia – zaczęłam płakać, potem krzyczeć…, ale czułam, że cały smutek, który był we mnie nagromadzony, wychodzi z mojego serca. Wszystko nie zmieniło się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale po tym doświadczeniu zaczęłam zauważać, że proste rzeczy, które wcześniej były trudne, stawały się łatwiejsze! Łatwiej było mi wychodzić z domu, rozmawiać z ludźmi, zostawać do końca zajęć… A ten czas największego cierpienia był też czasem, w którym odkryłam moją życiową misję – że moim najgłębszym pragnieniem jest oddać życie Bogu, dotrzeć do narodów, być misjonarką, a nie tylko studiować stosunki międzynarodowe, które były moim kierunkiem. Razem z braćmi i siostrami z grupy modlitewnej codziennie odmawialiśmy różaniec i to bardzo mnie umacniało duchowo.
Jak rozumiesz modlitwę różańcową? Czy jest ona uniwersalna, dla każdego? W czym, według Ciebie, kryje się sekret „skuteczności” tej formy modlitwy?
Samo powstanie różańca już wskazuje na jego powszechność! Ta modlitwa była odpowiedzią dla tych, którzy nie umieli lub nie mogli czytać 150 psalmów. Jako sposób zjednoczenia się ze Słowem Bożym zamiast ich odmawiania, można było odmówić 150 „Zdrowaś Maryjo” – tyle właśnie było w pierwszym różańcu, obejmującym tajemnice radosne, bolesne i chwalebne. Był to sposób dla najprostszych ludzi, aby zjednoczyć się z Bogiem przez Słowo! Nie ma prostszej drogi jedności z Bogiem. Tam też składasz swoje myśli, intencje, uczucia, czasem nawet nie zdając sobie z tego sprawy. To modlitwa ubogiego, „anawim” z księgi proroka Izajasza, który ma obietnicę, że jego modlitwa zostanie wysłuchana przez Boga!
Patrząc z tej perspektywy, jej skuteczność tkwi w prostocie! Nasz Bóg zazwyczaj nie lubi rzeczy skomplikowanych. Otwierając się na tę modlitwę, jednoczymy nasze serce z Sercem Maryi, czerpiemy ze Słowa i umacniamy nasze serce do walki! Noszę też w sercu doświadczenie siły modlitwy różańcowej w historii mojej rodziny. Przed moim nawróceniem nie myślałam o tym, ale wszyscy katolicy pochodzenia afrykańskiego w Brazylii mają również głęboką relację z Maryją! To właśnie w modlitwie różańcowej niewolnicy umacniali się i prosili Boga o uwolnienie od niesprawiedliwości.
Najbardziej czczony wizerunek w Brazylii – Matka Boża z Aparecidy – to wizerunek Maryi o czarnej skórze, który został odnaleziony w rzece w czasie, gdy dyskutowano o zniesieniu niewolnictwa. A jednym z największych cudów, które stały się znakiem końca niewolnictwa w Brazylii, było to, że gdy niewolnicy prosili, aby mogli modlić się przed tym wizerunkiem, to gdy docierali do drzwi kościoła, ich łańcuchy pękały! „Właściciele” zaczynali „bać się” prowadzić niewolników w pobliże Maryi! Jeśli odmawiasz różaniec, możesz być pewien, że nie zabraknie ci siły, aby pokonywać codzienne trudności.
Jakie jedno zdanie o Maryi nosisz dziś w sercu najbardziej – takie, które daje Ci nadzieję?
Po bardzo mocnym doświadczeniu na Tajwanie noszę to w sercu jako największe źródło nadziei. Poproszono mnie, abym głosiła o Maryi, ale dla bardzo różnorodnej grupy: katolików, protestantów, katechumenów, osób bez żadnej religii oraz tych, którzy żyją według religii lokalnych. Czułam, że w tym kontekście trzeba mówić o jednym, zasadniczym punkcie: wielu zna Maryję jako Matkę Jezusa, jako bardzo dobrą kobietę, o dobrze udokumentowanej historii, ale tylko my rozumiemy w słowach Jezusa na krzyżu: „Oto Matka twoja”, że została nam wtedy dana. Że od tej chwili jest Matką Jezusa i naszą Matką. I to całkowicie zmienia moje życie!
Co może dać mi większą nadzieję? Pewność, że Maryja jest także moją Matką, i kiedy przyjmuję Ją „do swojego domu”, moje życie się przemienia i pozwalam, aby najgłębsze pragnienie Jezusa realizowało się we mnie. Chcę, Mamo, zawsze mieć Cię przy sobie i widzieć, jak moje życie przemienia się przez Twoją miłość i matczyne spojrzenie. W tym czuję się także bardzo zjednoczona z Polakami i – jak sądzę – to właśnie sprawia, że czuję się tutaj jak w domu. Nigdy nie zapomnę pierwszego razu, kiedy zrozumiałam słowa pieśni „Z dawna Polski…”. Naród, który potrafi śpiewać takie słowa, nigdy nie będzie żył bez nadziei!
Rozmawiała Sonia Świacka