U Matki Bożej Nieustającej Pomocy

Photo of author

Autor: Marek Woś

W poprzednich wydaniach opisywałem redakcyjną podróż na Wschód – do Wilna i Kodnia, z licznymi przystankami – poświęconą zbieraniu materiału zdjęciowego oraz wywiadów do artykułów w „Królowej Różańca Świętego”. Tym razem opiszę wyjazd na Zachód, do Rzymu, ponieważ tematem głównym kolejnego wydania jest ikona Matki Bożej Nieustającej Pomocy, czczona w sanktuarium Jej imienia przy rzymskiej via Merulana.

U Matki Bożej Nieustającej Pomocy

U Matki Bożej Nieustającej Pomocy, © Fot. M. Woś

Kochani Czytelnicy!
91% artykułów na naszej stronie jest dostępnych bez ograniczeń. Nie znaczy to, że nie istnieją koszty ich przygotowania i publikacji. Będziemy wdzięczni za zaprenumerowanie naszego czasopisma albo wsparcie naszej Fundacji. Dziękujemy za zrozumienie.
Redakcja

W poprzednich wydaniach opisywałem redakcyjną podróż na Wschód – do Wilna i Kodnia, z licznymi przystankami – poświęconą zbieraniu materiału zdjęciowego oraz wywiadów do artykułów w „Królowej Różańca Świętego”. Tym razem opiszę wyjazd na Zachód, do Rzymu, ponieważ tematem głównym kolejnego wydania jest ikona Matki Bożej Nieustającej Pomocy, czczona w sanktuarium Jej imienia przy rzymskiej via Merulana.

Paradoksem naszych czasów jest to, jak szybkie, bezpieczne i tanie stało się podróżowanie: nierzadko szybciej i taniej można dolecieć do jednej ze światowych stolic, niż dostać się z polskiej prowincji do Warszawy. Podróżowanie stało się łatwe, nie wymaga już – jak dawniej – wielkich nakładów finansowych ani paszportu.

Gdy piszę te słowa, na myśl przychodzi mi mój dziadek, Leon Iwanicki. Ten absolwent klasycznego liceum, choć wybrał studia na uniwersytecie rolniczym i życie na wsi, zachował w sercu olbrzymi sentyment do starożytnej literatury i sztuki. Wszak w szkole średniej zgłębiał łacinę i grekę, a pragnienie poznawania reliktów przeszłości pozostało z nim przez całe dorosłe życie. Kiedy w 1984 roku dowiedział się, że zakon filipinów ze Świętej Góry w Gostyniu organizuje pielgrzymkę do Rzymu, wraz z żoną Wandą postanowili do niej dołączyć. Po zdobyciu paszportu od władz komunistycznego „raju” wyjechali na pielgrzymkę życia. Tę podróż dziadek opisał na polecenie duszpasterza pielgrzymki, ks. Raczkowskiego, w książeczce „Moje spojrzenie na Rzym”, wydanej wyłącznie na użytek rodzinny. Wspomnienia te dostarczają wielu refleksji o tym, jak pełny sentymentów wyjazd do Rzymu zrealizował młodzieńcze fascynacje. Przenosząc się do stolicy Włoch, pielgrzymi stali się niespodziewanie uczestnikami historycznych zdarzeń: Leon opisuje, że byli w tamtym wigilijnym czasie jedyną polską grupą w Rzymie, dzięki czemu mieli okazję spędzić ten czas bezpośrednio z Janem Pawłem II. Nazajutrz, w kameralnym gronie, wraz z ojcem świętym modlili się w papieskiej kaplicy, tuż przed jego słynną wizytą w celi więziennej u Ali Ağcy, niedoszłego mordercy.

W tej rzymskiej opowieści przewijają się postaci historyczne, nie brakuje literackich nawiązań i sentymentalnych wspomnień. Dziadek był tak zauroczony Wiecznym Miastem, że aż go pochłonęło i… zabłądził. Trafił z powrotem do grupy, wędrując wzdłuż nabrzeża Tybru – a pamiętajmy, że nie było wtedy telefonów komórkowych ani elektronicznej nawigacji. Babcia po latach wspominała tę historię, często dodając, że za równowartość polskiej pensji, liczonej w dolarach, mogli nabyć w Rzymie dwie kawy i różaniec!

Wyjazd 

Nie doceniamy naszych czasów. W trzeciej dekadzie XXI wieku taniej jest polecieć do Rzymu i samodzielnie zebrać potrzebny materiał zdjęciowy, niż zlecać komukolwiek na miejscu zrobienie tego samego. O trzynastej wylot, a dwie godziny później jestem już na docelowym lotnisku. Szybki transport do centrum i już można posmakować włoskiej kawy przy ulicznej kawiarni. Starsi ludzie w Polsce często mi nie dowierzają, kiedy opowiadam, że cappuccino z brioche w sercu Rzymu jest tańsze niż podobny zestaw w centrum Poznania!

Choć słyszy się głosy, żeby zwiedzać Rzym poza sezonem, to nawet w środku marca daje się zauważyć ożywiony ruch turystyczny. Kolumny pielgrzymów maszerują przez miasto, najczęściej od bazyliki watykańskiej przez Zamek św. Anioła, Piazza Navona, Fontannę di Trevi, Panteon, aż po Forum Romanum z ruinami starożytnego miasta, kończąc na Koloseum. Ta trasa pozwala na ledwie pobieżne „obwąchanie się” z miastem, którego zabytki i kościoły można by zwiedzać tygodniami. Na każdym kroku słychać polskie głosy – czy to z grup pielgrzymkowych, czy turystów indywidualnych.

Przechodzę obok wspaniałej Bazyliki Santa Maria Maggiore, przeciskając się między turystami oczekującymi w kolejce. Większość z nich pewnie nie wie, że kilkaset metrów dalej znajduje się jedna z najbardziej znanych ikon na świecie. To cel mojej podróży: sanktuarium przy via Merulana. Już z ulicy widać strome schody prowadzące do kościoła, przed którym czeka tylko żebrak na swoją jałmużnę. W środku odnajduję upragnioną ciszę po zgiełku ulicy. Kościół tonie w półmroku – gdzieś wysoko znajdują się witrażowe okna, dające skąpe światło. W głębi tej niedużej świątyni stoi skromny ołtarz z promieniejącą ikoną Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Siadam na ławce, w sąsiedztwie modli się zakonnica z Azji. Raz po raz ktoś wchodzi na chwilę medytacji. Rodzi się we mnie przekonanie, że do sanktuarium nie przychodzą tak często turyści, jak czciciele Matki Bożej.

Jest już wtorkowy wieczór, więc planuję kolejny ranek i południe na błyskawiczne zwiedzanie Rzymu. Środa jest dniem porannej audiencji generalnej i wieczornego nabożeństwa do Matki Bożej Nieustającej Pomocy, tej szczególnej nowenny, którą odprawia się w tak wielu kościołach w Polsce. Dzień jest piękny, słoneczny, co nie znaczy, że gorący. Jest w sam raz. Rozglądam się po ruinach Koloseum i Forum Romanum, kiedy na myśl przychodzi mi wiersz Sępa Szarzyńskiego. Jak podmiot liryczny jego słynnego wiersza, patrzę „na okrąg murów i w rum obrócone / Teatra i kościoły, i słupy stłuczone… / To są Rzym”. Nieśpiesznym krokiem pokonuję kolejne kilometry, rozmyślając nad kondycją współczesnej cywilizacji. „To miasto, świat zwalczywszy, i siebie zwalczyło” – jak pisał poeta. Nic na świecie nie jest stałe; największe imperia zamieniały się w ruinę. Nieraz Rzym ulegał: bywał zdobywany mieczem, zalewany przez Tybr, zasiedlany przez migrujące ludy. Mimo to zwany jest Miastem Wiecznym i pozostaje dumny ze swojej historii oraz wspaniałości, których pozostałości wciąż wydobywane są z ziemi.

Nierzadko, kiedy wracam do Polski, słyszę pytanie, czy we Włoszech widać migrantów. Tak, na każdym kroku: liczne sklepiki są prowadzone przez Azjatów, a uliczni sprzedawcy pochodzą głównie z Afryki i Azji. Próbują cokolwiek uhandlować: zabawkę, parasol, wodę mineralną, podrabianą torebkę, czapkę z daszkiem. Każdy ma rodzinę, każdy musi zarobić na chleb. Przed kościołem Miłosierdzia Bożego stoi grupka Bengalczyków – niscy, brodaci, skromnie ubrani – nagabują polskich pielgrzymów na zakup laminowanych obrazków z łagiewnickim Jezusem Miłosiernym. Mimo że reakcje ludzi są raczej bojaźliwe, udaje się upłynnić kilka sztuk za euro. Jeden z nich, imieniem Malek, próbuje mnie sprzedać obrazek. Mówi, że przyjechał niedawno z Bangladeszu, bo tam wielka bieda. Biorę obrazek z Jezusem, płacę i oddaję mu go w prezencie. Stojący obok inny Bengalczyk wzdryga się i mówi za kolegę łamaną włoszczyzną coś w rodzaju: „Malek być dobry muzułmanin. Malek nie wierzyć w obrazy”. Malek tylko potakuje głową, odmawia przyjęcia obrazka, choć mógłby go przecież spieniężyć po raz drugi. Tu jednak demonstruje twardą postawę, co trochę dziwi; w końcu skoro odrzucają kult obrazów, to dlaczego nimi handlują?

Rozstajemy się w przyjaźni. Pozostaje nadzieja, że promień łaski z Jezusowego boku dotknie kiedyś i Malka, kiedy spojrzy na ten szczególny wizerunek i chwilę się zastanowi. Idę dalej, myśląc, że przecież przyjechałem do Wiecznego Miasta z powodu obrazu – a właściwie ikony. Trochę to śmieszne, że przez innowierców i protestantów kult obrazów bywa traktowany tak, jakbyśmy mieli oddawać cześć samemu malunkowi: płótnu oprawionemu w ramę albo posągowi. Nawet prawosławni nieraz „zabezpieczają” się, mówiąc, że ikon się nie maluje, lecz pisze; że to duchowy proces i że to właśnie odróżnia ich dzieła od katolickich malowideł. Pewnie się pogniewają, jeśli powiem, że jest w tym także pewien nazewniczo­-teologiczny wybieg: choć rytuał ikonopisania jest uroczysty i mistyczny, a teologia ikony jest jedyna w swoim rodzaju, to przecież finalnie chodzi o pędzle, farby, deskę i – nomen omen – zobrazowanie świętych postaci. 

Zarówno prawosławni, jak i katolicy wpatrują się w ikony czy obrazy nie po to, aby zatrzymać się na malowanej postaci, lecz by uruchomić wyobraźnię we współdziałaniu z wiarą, tak aby zbliżyć się nie do płótna i ramy, lecz wejść w duchową więź ze świętą Osobą. Katechizm Kościoła Katolickiego jasno przypomina, że cześć oddawana świętym wizerunkom nie zatrzymuje się na materii, ale przechodzi ku Temu, kogo wizerunek przedstawia. Nie adorujemy drewna, farby czy płótna; oddajemy cześć Chrystusowi, czcimy Jego Matkę i świętych, których obraz przywołuje przed nasze oczy i serce. W tym sensie święty obraz jest jak okno: nie po to się je otwiera, by podziwiać szybę, ale by spojrzeć dalej.

Sam Bóg, który objawił się światu w Jezusie Chrystusie, posługuje się także znakami widzialnymi. Jak w Wilnie, gdzie Jezus Miłosierny polecił siostrze Faustynie namalować swój wizerunek. I zgodnie z Jego wolą ten obraz rozpowszechnił się po całym świecie. Znamy tę historię: Faustyna ubolewała nad jego jakością, zauważając, że nie oddaje piękna Jezusa. A jednak obraz ten porusza serca i wzbudza pobożne odczucia. Podobnie było z figurą Matki Bożej objawionej półtora wieku temu w Gietrzwałdzie: choć piękna, nie sprostała oczekiwaniom dziewczynek, Basi i Justyny, które już poznały piękno Maryi. Na szczęście i tak wiemy, że nie o piękno obrazu czy rzeźby chodzi, lecz o ich symboliczne przesłanie.

Nasz szczególny wizerunek Matki Bożej Pompejańskiej, który stał się – jak pisał św. Bartolo Longo – „narzędziem Bożego miłosierdzia dla świata”, został odnaleziony na targowisku i był już niemal rupieciem, a jego wartość artystyczna pozostawiała sporo do życzenia. A jednak to on, mimo swojego opłakanego stanu, stał się największą ozdobą sanktuarium pompejańskiego i jednym z najbardziej znanych wizerunków maryjnych na świecie. Podobnie z ikoną Matki Bożej Nieustającej Pomocy, która latami niszczała, wisząc gdzieś w zapomnieniu, lecz ostatecznie ocalała i – z papieskim nakazem oraz błogosławieństwem – stała się „znana całemu światu”.

Ikona Matki Nieustającej Pomocy

Właściwie nic pewnego nie wiemy o jej pochodzeniu. Zasłania je dziejowa tajemnica, a w przekazach fakty rozpływają się w legendarnych opisach. Badania przeprowadzone w czasie konserwacji w Muzeum Watykańskim metodą węgla C14 wskazują, że deska pochodzi z przełomu XIV i XV wieku. Analiza pigmentów dowodzi natomiast późniejszego, XVII-wiecznego pochodzenia części farb, co sugeruje, że w tym okresie przemalowywano tradycyjną ikonę, dodając jej zachodnich cech. Nie jest jasne, co działo się z tym niezwykłym wizerunkiem na przestrzeni dziejów, zanim jego istnienie zaczęły dokumentować nowożytne źródła historyczne. O pochodzeniu ikony Matki Bożej, tak charakterystycznej dla wschodniego chrześcijaństwa, nie możemy więc napisać nic pewnego poza tym, że powstała w kręgu tradycji wschodniej. Możliwe, że pochodzi ze Świętej Góry Athos, słynącej z ikonopisarstwa, albo z innego miejsca na obszarze dawnego Bizancjum, gdzie tworzono ikony.

Są przekazy, które wyjaśniają jej pochodzenie. Wiadomo, że na Krecie pod koniec XV wieku oddawano cześć Maryi w cudownym wizerunku. Ostatnia wzmianka o nim pochodzi z 1495 roku, po czym obraz – czy też ikona – ginie w mroku dziejów i ślad po nim się urywa. Czy mogła to być właśnie ta ikona Matki Bożej Nieustającej Pomocy? To możliwe, skoro pierwsza historyczna wzmianka o jej obecności w Rzymie pojawia się cztery lata po zaginięciu na Krecie. Stuprocentowych dowodów jednak nie mamy, choć tę ledwie kilkuletnią lukę tłumaczyłaby opowieść o żyjącym w XV wieku kupcu kreteńskim, który miał wykupić lub wykraść słynną ikonę z cerkwi. W drodze powrotnej do Rzymu trafił na sztorm, z którego ocalenie przypisał Madonnie z ikony. Przed śmiercią polecił, aby przekazać tenże wizerunek do kościoła. Jego przyjaciel jednak, urzeczony pięknem oblicza Maryi z Dzieciątkiem, nie wypełnił testamentu, podarowując ikonę swojej żonie. Krótko potem dziewczynce z jego rodziny przyśniła się Maryja z życzeniem, by ikonę umieścić w rzymskim Kościele św. Mateusza Apostoła. Tak zrobiono, co zapoczątkowało kult „Maryi od św. Mateusza”, zwanej też Matką Bożą Cierpliwego Wspomożenia, który trwał przez XVI i XVII wiek.

W 1739 roku kościół ten przejęli augustianie z Irlandii, jednak nie na długo, bowiem w 1798 roku Francuzi, zdobywając Rzym, wygnali papieża Piusa VI i zburzyli kilkadziesiąt świątyń, w tym właśnie kościół św. Mateusza. Ikona szczęśliwie ocalała, zostając przeniesiona do kościoła św. Euzebiusza. Dwie dekady później augustianie zorganizowali nową siedzibę przy kościele Santa Maria in Posterula, gdzie ikonę Nieustającej Pomocy zawieszono w bocznej kaplicy, ponieważ w głównym ołtarzu znajdował się już obraz Matki Bożej Łaskawej. Kult wokół ikony siłą rzeczy osłabł, aż została ona niemal całkowicie zapomniana…

Kiedy jednak w 1855 roku w Rzymie redemptoryści na gruzach dawnego kościoła św. Mateusza zbudowali kościół Najświętszego Odkupiciela, jeden z nich, nazwiskiem Marchi, przypomniał sobie historię znaną od starego augustianina, ojca Orsettiego. Otóż kiedy Marchi był jeszcze ministrantem, Orsetti opowiadał mu z sentymentem o znanej niegdyś ikonie ze zburzonego klasztoru. Zafascynowani historią redemptoryści postanowili wydobyć ikonę z zapomnianej kaplicy i uzyskali w 1865 roku zgodę papieża Piusa IX. Jak głosi tradycja, ojciec święty miał w dzieciństwie modlić się właśnie przed tą ikoną, co nie jest niemożliwe, gdyż w roku zburzenia kościoła św. Mateusza miał już sześć lat. Wzruszony prośbą redemptorystów papież miał wydać im polecenie, mówiąc: „Uczyńcie ją znaną na całym świecie!”.

Restauracja ikony 

Kiedy nastał rok 1866, redemptoryści przenieśli ikonę do zakonnego kościoła. Wizerunek był w opłakanym stanie, więc podjęto decyzję, by go odnowić. Prace zlecono polskiemu artyście malarzowi Leopoldowi Nowotnemu, który był wówczas cenionym restauratorem sztuki. Jak pisał „Czas” w 1855 roku, posiadał „sekret wyłączny prawie, w najwyższym stopniu rozwinięty, restaurowania obrazów klasycznych, bez narażenia ich na najmniejszą szkodę, lub zatratę pierwiastkowej świetności stylu i maniery”. Jak znany i doceniany był to konserwator, potwierdza kolejny fragment krakowskiej gazety: „właściciele Rafaelów, Guercinów, Leonardów da Vinci, Domenikinów, Tycjanów, i w ogóle wszystkich tych olbrzymów włoskiej szkoły, oddają mu chętnie i z zupełną wia­rą te skarby, aby im przywrócił wiekami przytartą świetność”.

Nowotny z powierzonego przez papieża zadania wywiązał się doskonale. Widać to szczególnie, kiedy spojrzymy na fotografię ikony sprzed renowacji. Praca zajęła mu mniej niż trzy miesiące, gdyż już 26 kwietnia 1866 roku ikonę oddano do kultu publicznego w kościele św. Alfonsa przy via Merulana. Dziesięć dni później stanął przed nią sam Pius IX, a po upływie roku ikonę uroczyście koronowano.

Kult Matki Bożej Nieustającej Pomocy zaczął rozkwitać. Powstają bractwa pod Jej wezwaniem, a pierwszym ich członkiem zostaje papież Pius IX. Rozpoczyna się okres pracy misyjnej, a dzięki redemptorystom liczne kopie ikony rozpowszechniają się w ich placówkach na całym świecie. Szacuje się, że w pierwszym okresie powstało ponad dwa tysiące kopii ikony. Kult rozprzestrzenia się żywiołowo. W kalendarzu 27 czerwca ustanowiono świętem Najświętszej Maryi Panny Nieustającej Pomocy wraz z czytaniami mszalnymi, własnym oficjum i modlitwami. Od 1927 roku, za przykładem amerykańskiej parafii św. Alfonsa w St. Louis, po świecie szerzyły się nabożeństwa ku czci Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Kult dotarł i do rozgrabionej przez zaborców Polski, przy czym nieocenione zasługi miał sługa Boży Bernard Łubieński.

Bernard Łubieński

Historia życia niestrudzonego apostoła Maryi to temat na serial albo solidną powieść. Z racji ograniczonego miejsca wynotujmy najważniejsze fakty z jego biografii. Urodzony w 1846 roku w Guzowie pod Warszawą, w rodzinie arystokratycznej, kształci się w Anglii, gdzie wstępuje do zakonu redemptorystów. Przez dłuższy czas pełni posługę na Wyspach, po czym w 1882 roku udaje się do Rzymu, zastając już ugruntowany kult Maryi pod wezwaniem Nieustającej Pomocy. Rok później wraca na tereny polskie pod zaborem austriackim, gdzie w Mościskach wykupuje opuszczone budynki klasztoru dominikańskiego, zakładając zarazem nowy dom redemptorystów. I to miejsce staje się jego kotwicą, domem, do którego wracał po licznych podróżach misyjnych obejmujących obszar trzech zaborów. Jako wybitny kaznodzieja i kierownik duchowy zbierał wspaniały plon w postaci licznych nawróceń. Podkreślmy, że licznych i wymagających podróży podejmował się mimo nabytej niepełnosprawności, która w znacznym stopniu utrudniała mu poruszanie się. 

Ten zakonnik Najświętszego Odkupiciela miał szczególną więź z Maryją w wizerunku Nieustającej Pomocy, a także miłował modlitwę różańcową. Jest jednym z tych apostołów Maryi, dzięki którym Jej wizerunek w cudownej ikonie rozpowszechnił się tak szeroko w naszej ojczyźnie. Tysiące kopii tej ikony widnieją w kościołach oraz przydrożnych kapliczkach w całej Polsce, a mnóstwo świątyń podtrzymuje tradycję nieustannej nowenny w środowe popołudnia. Kult Matki Bożej Nieustającej Pomocy stał się jednym z najwyraźniejszych przejawów pobożności maryjnej w Polsce.

Środowe nabożeństwo 

Wracam z przechadzki po Rzymie szybkim krokiem, aby zdążyć na nabożeństwo w kościele pw. Matki Bożej Nieustającej Pomocy o godzinie 17. Przeciskam się przez ciasno wypełniony straganami Campo de’ Fiori – targ kwiatów, owoców, paczkowanych ziół i wszelakich precjozów – ciasno otoczony kawiarniami i restauracjami. Nad placem góruje ponury pomnik zakapturzonej postaci Giordana Bruna. Ktoś położył niedawno kwiaty na schodach postumentu, który służy jednak głównie jako siedzisko dla spożywających pizzę na wynos. Co za przypadek, że miejsce śmierci tej tragicznej postaci stało się lokalnym centrum handlu i konsumpcji. Jest to jakaś ironia losu, może aż nazbyt oczywista dla każdego, kto otarł się o i pełną pogardy dla wiary katolickiej i bluźnierstw twórczość straconego eksdominikanina.

Aplikacja w telefonie pokazuje, że w nogach mam już 13 kilometrów spaceru, a jeszcze trzy tysiące kroków dzielą mnie od sanktuarium przy via Merulana. Trzeba przyspieszyć, by na czas, przed siedemnastą, stawić się na nabożeństwie. W kościele widzę tylko garstkę oczekujących osób. Młody ojciec z Polski, redemptorysta, którego spotykam w za­krystii, obiecuje zapoznać mnie po mszy świętej z grupą Polaków. Są to najwierniejsi z wiernych, czciciele Maryi, przychodzący do tego polonijnego kościoła „od zawsze”.

Jest 25 marca, więc uroczystość Zwiastowania Pańskiego. Miło być w tak uroczystym dniu w tak wyjątkowym miejscu. Płyną słowa modlitw oraz pieśni do Nieustającej Pomocy. Celebrans, zgodnie z tradycją, odczytuje zostawione intencje przed tą Matką wszystkich ikon Nieustającej Pomocy – głosem pełnym troski i wyczucia, tak jakby nie deklamował, lecz z Nią rozmawiał. Słowa ludzkich błagań i dziękczynień rozlegają się równolegle w tysiącach kościołów na świecie: ta sama nowenna, te same słodkie słowa skierowane do najlepszej z Matek. Przypominam sobie liczne środy w bukowskim kościele, gdzie chcąc nie chcąc, uczestniczyłem w modlitwie jako kierowca babci, która co środę pragnęła być na tej nowennie. Jakże mi się wtedy, młodemu człowiekowi, dłużyły te popołudnia, bo przecież można było mieć tyle innych „atrakcji”. Teraz, kiedy w dojrzałym życiu na wszystko patrzy się bardziej z góry i więcej docenia, czas płynie jakby szybciej. Za szybko…

W święto Zwiastowania do stopni ołtarza zostają zaproszeni ci, którzy podejmują się duchowej adopcji dziecka poczętego. Przystępują niemal wszyscy. Po mszy świętej redemptorysta aranżuje krótkie spotkanie z Polonią. Jest nas kilkanaście osób; można rzec: stała gwardia, z jednym wyjątkiem same panie. Kiedy pytam o frekwencję, da się wyczuć lekką nostalgię. Jedna z osób odpowiada, że „trzeba było tu przyjechać 30 lat temu – był zawsze cały kościół Polaków”. Inna dopowiada, że po pandemii wielu rodaków wróciło do Polski, szczególnie ci, którzy pracowali na czarno; inni wyjechali do krajów, gdzie można lepiej zarobić. Część przeniosła się na przedmieścia Rzymu, bo tam życie jest tańsze. Wśród nas jest przewodniczka po Rzymie, która, prowadząc grupy między bazylikami św. Jana na Lateranie a Matki Bożej Większej, zawsze wprowadza pielgrzymów przez Sanktuarium ikony Nieustającej Pomocy. Mówi, że ten kościół zawsze jest otwarty, o każdej porze można tu wejść i się pomodlić. I że pielgrzymi, którzy zdążają od Bazyliki św. Jana na Lateranie do Matki Bożej Większej, często nie zdają sobie sprawy, jak doniosłe sanktuarium mijają po drodze.

Ograniczony dostęp

Całość przeczytasz w "Królowej Różańca Świętego". To wydanie jest wciąż dostępne w sprzedaży, dlatego ma ograniczony dostęp. Nasze czasopisma możesz nabyć w cenie już od 2 zł. Zamów i wspieraj różańcowe inicjatywy!

Photo of author

Marek

Woś

Redaktor naczelny, polonista, filmoznawca, edytor, ekonomista i wydawca.

Mogą zainteresować Cię też:

Numer 44/45, Ziemia Święta

Jerozolima

0 0 głosów
Oceń ten tekst
Powiadamiaj mnie o odpowiedziach
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments