Kościół jeszcze chyba nigdy w swojej już wielowiekowej historii nie wyglądał tak pięknie. Wiązanki polnych kwiatów i ziół mieszały się z całymi kilometrami kolorowego, zakupionego w mieście, materiału.
Każdy dom we wsi chciał koniecznie dać coś od siebie, a biedny proboszcz, w swojej połatanej, czarnej sutannie, uwijał się jak w ukropie (co nie było dalekie od prawdy – lato było wyjątkowo upalne tego roku), byleby tylko wszystkiego dopilnować i dopiąć na ostatni guzik.
– Jaki jest powód całego tego zamieszania? – spytał jakiś nieznajomy przechodzień jednego z wyrostków pełniących rolę gońców.
– Jak to, Panie, nie słyszeliście? – odparł zdziwiony chłopak. Ale obcy mężczyzna nie słyszał; więc indagował chłopca dalej, szczerze zaciekawiony:
– Czy może kto ważny przyjeżdża?
– A pewnie!
– Czyżby sam Ksiądz Biskup?
– Nie! Ktoś ważniejszy!
– Któż więc taki!?
– Matka Boska! – rzucił chłopiec i pobiegł dalej do swoich obowiązków.
Tłum gęstniał. Z minuty na minutę robiło się coraz goręcej. Proboszcz był wyraźnie zaniepokojony – było już po jedenastej, wszystko było gotowe, najwyższy czas zacząć misje parafialne, a misjonarza nie ma! Zaczynał już wyobrażać sobie różne możliwe scenariusze, co jeden gorszy od drugiego, kiedy to nagle jego uszu dobiegły słowa, niosące się po ludzkim morzu niczym szmer fal po jeziorze:
– Jest! Jest!
Po krótkiej chwili zza osłoniętego bujną kępą drzew zakrętu wyłoniła się niewielka furmanka. Ludzie nie potrafili już powstrzymać wzruszenia – niektórzy zaczęli wiwatować, rzucać kwiaty, tu i ówdzie rozlegały się kobiece szlochy pełne wzruszenia, a także radosne okrzyki dzieci. Pojazd dotarł niemalże pod sam kościół i otworzyły się drzwi. Wyłonił się z nich starszy już kapłan, ubrany w znoszoną sutannę, z trochę za dużym, sztywnym, białym kołnierzem. Był już pochylony wiekiem, ale mimo to miał w sobie coś (w najlepszym sensie tego słowa) dumnego, arystokratycznego. Powiódł wzrokiem po tłumie, który natychmiast ucichł i zamarł w oczekiwaniu.
Starszy ksiądz miał wyraźne problemy z chodzeniem, toteż stosunkowo jeszcze młody proboszcz natychmiast rzucił się, by mu pomóc opuścić pojazd. Przez krótki moment zdawało się, że próbuje coś wyrwać z rąk starszemu kapłanowi, który opierał się stanowczo. Po chwili ludzie zobaczyli, czym było to coś.
Kapłan ów trzymał w rękach przepiękną ikonę Matki Bożej. Tak pięknej tutejsi mieszkańcy jeszcze nigdy nie widzieli – ani w tutejszym kościele, ani w żadnym okolicznym, ani nawet w mieście. Gdy już uporał się z wydostaniem się z furmanki i ruszył powolnym, ale zdecydowanym krokiem ku wnętrzu świątyni, starszy ksiądz nagle podniósł wysoko w górę trzymaną oburącz ikonę. W jej złoceniach odbiło się światło jaśniejącego słońca. Zgromadzony lud wydał jednogłośne westchnienie zachwytu.
– Mamo, kto to jest? – zapytało jakieś dziecko.
– To jest ojciec Bernard Łubieński, redemptorysta – odpowiedziała mu matka z nabożnym szacunkiem.
O ojcu Bernardzie, który tego właśnie dnia rozpoczynał głosić misje ludowe w tutejszej parafii, mówiono wiele i od dawna. Przed wielu laty opuścił rodzinne ziemie Królestwa Polskiego, pozostające pod zaborem rosyjskim, i udał się do Anglii, gdzie wstąpił do zgromadzenia ojców redemptorystów. Tam też szybko stał się czcicielem Matki Bożej Nieustającej Pomocy oraz propagatorem Jej kultu. Przemierzył wiele krajów, wszędzie zasiewając ziarno miłości do Maryi – Matki gotowej nieustannie pomagać swoim ukochanym dzieciom.
Wreszcie udało mu się powrócić do ukochanej Ojczyzny, skąd przed laty jego zgromadzenie zostało wygnane za sprawą jego własnego pradziadka. Tam też od początku zaczął rozpowszechniać nabożeństwo do Matki Bożej Nieustającej Pomocy – słowem zarówno mówionym, jak i pisanym, ale nade wszystko swoim własnym przykładem. W ten sposób skutecznie zjednywał dla tej sprawy tak kapłanów, jak i wiernych, którzy licznie garnęli się do swej Matki obecnej w rzymskiej ikonie, podarowanej redemptorystom przez Ojca Świętego Piusa IX wraz z zadaniem szerzenia Jej kultu.
W kościele, przed nowym obrazem Matki Bożej umieszczonym w głównym ołtarzu, odbyła się uroczysta suma. Lud zebrał się tak licznie, że skromna świątynia parafialna nie była w stanie go pomieścić. Po odczytaniu Ewangelii starszy kapłan udał się na ambonę. Zapadła cisza. Czy to dlatego, że głos misjonarza był aż tak donośny, czy to za sprawą jakiegoś małego cudu – dość że wszyscy, zarówno ci, którzy byli najbliżej, jak i ci najdalej, bardzo dobrze usłyszeli i zapamiętali każde jego słowo.
– Kto kocha Maryję, nigdy nie zginie, gdyż wszystkie łaski przechodzą przez Jej ręce – zaczął kaznodzieja. Dalej mówił, że nabożeństwo do Matki Bożej Nieustającej Pomocy to podstawa nadziei na lepszą przyszłość ludzkości wobec katastrof wojennych oraz nieszczęść fizycznych i duchowych świata. Z wysokości ambony głosił, że przez ten kult i miłosierdzie Maryi z nim związane Bóg odnosi zwycięstwo nad złem, grzechem i cierpieniem. Z tego powodu – mówił – kult ten jest tak potrzebny Polakom: ze względu na trudny narodowy charakter, wady, przywary, na trudne położenie geograficzne, kulturalne i wyznaniowe oraz ze względu na szczególne zadania wobec innych narodów na Wschodzie i Zachodzie. „Przed pięćdziesięciu laty Opatrzność Boska wystawiła obraz Najświętszej Maryi Panny na widownię całego świata. Czyż nie można w tem dostrzec miłosierdzia Bożego?” – pytał retorycznie. Z wyraźnym wzruszeniem mówił, że ten obraz uprzywilejowany – Imago indulgentia – to naczynie łask i Boskiego zmiłowania dla wszystkich biednych dzieci tak wielkiej Matki. „O dziecko Maryi, proś Matkę Niepokalaną, abyś i ty, jak Ona, należał zupełnie do Boga. Maryja jest twą Matką, ty Jej dzieckiem. Nie możesz nie być Jej dzieckiem, bo Syn Jej umarł za ciebie, bo Maryja ofiarowała Pana Jezusa za wszystkich. Każda łaska przychodzi przez Maryję, która jest ci koniecznie potrzebna. Bez Niej nie możesz się obejść ani dać sobie rady w twych biedach” – na tych słowach zakończył.
Choć ojciec Łubieński po kilku dniach wyjechał – a po niedługim czasie mieszkańcy parafii dowiedzieli się ze smutkiem o jego śmierci – to obraz-ikona Matki Bożej Nieustającej Pomocy na stałe już zagościł w tutejszym kościółku. Proboszcz, który zawsze bardzo kochał Matkę Bożą, wręcz nie posiadał się z radości, gdy wierna kopia Jej rzymskiej ikony została wmurowana w główny ołtarz świątyni. Nie był w tym zresztą odosobniony – bardzo wielu kapłanów pod wpływem ojca Bernarda stało się żarliwymi czcicielami i apostołami Maryi w tym Jej wizerunku; a żadne księgi nie zdołały pomieścić tego morza łask, które rychło zaczęło wylewać się na lud za jego pośrednictwem. Rzeczywiście, niemal na każdym kroku słowa starszego redemptorysty znajdywały swoje potwierdzenie.
I tak jest do dzisiaj. Kiedy więc wejdziesz do swojej parafialnej świątyni, by pomodlić się przed ikoną Maryi gotowej nieustannie pomagać swoim dzieciom, pamiętaj o Słudze Bożym ojcu Bernardzie Łubieńskim, redemptoryście, któremu to wszystko zawdzięczasz.
„To będzie dobry dzień”
Noc zapadała nad Krakowem. Łagodna czerń spowijała miasto, otulając zbolałe serca jego mieszkańców. Niosła im krótką chwilę wytchnienia, zanim mroczny świt znów przypomni im o dużo gorszej, straszniejszej nocy – nocy wojny i niewoli – która trwała już tak długo, a nie było wiadomo, kiedy się skończy. Dla wielu miała to być ostatnia noc ich życia; ale nie dla wszystkich. W jej matczynym cieniu dojrzewało nowe pokolenie.
Na pustych już ulicach słychać było miarowe kroki młodych, nieco zmęczonych, ale wciąż dziarskich nóg. W pewnym momencie ów młody człowiek przystanął i, rozejrzawszy się szybko na obie strony, wszedł do jednego z budynków. Nie był to jednakże budynek mieszkalny. Był to kościół. Opiekowali się nim ojcowie redemptoryści. Miejsce to miało w sobie coś szczególnego; jakąś trudną do uchwycenia, ale za to wyczuwalną od razu aurę świętości. Ponadto znajdował się w nim pewien bardzo piękny przedmiot: ikona Matki Bożej Nieustającej Pomocy.
To przed nią właśnie uklęknął młodzieniec; następnie skrył twarz w dłoniach i trwał tak przez dłuższy czas. W jego umyśle przewijały się sceny z dzisiejszego dnia – wypełnionego głównie ciężką, fizyczną pracą w fabryce „Solvay”. Działy się tam rzeczy zarówno piękne, jak i tragiczne; gesty dobroci i solidarności mieszały się z przemocą, a nawet śmiercią. Wszystko to wypływało teraz strumieniem z serca młodego człowieka, który w ten sposób każdą osobę i każde zdarzenie oddawał swojej Matce.