Pochodzący z Madagaskaru ojciec duchacz Odilon Barijaona od ponad dwóch lat pełni w Polsce posługę misjonarską. Wysłany przez Zgromadzenie Ducha Świętego, kontynuuje swoją misję w lokalnych społecznościach, angażując się w duszpasterstwo parafialne, duszpasterstwo dzieci i młodzieży oraz różne inne posługi. Jego międzynarodowe doświadczenie wzbogaca tę posługę i świadczy o uniwersalnym wymiarze misji duchaczy. Poprzez swoją działalność duszpasterską przyczynia się do dialogu międzykulturowego i dynamiki Kościoła w Polsce, pozostając jednocześnie głęboko przywiązanym do swoich malgaskich korzeni i powołania misyjnego, które nim kieruje.
Kończąc swoją formację kapłańską, napisał Ojciec pracę o tym, jak katolicyzm może pomóc mieszkańcom Madagaskaru w rozwijaniu swojego kraju. Czego ona dotyczyła?
Najpierw zwróciłem uwagę na to, że na Madagaskarze jest dużo wierzących, wiele dzieci i młodzieży na katechezie, otrzymujących sakramenty – to znaczy, że wiara u nas jest bardzo żywa. No dobrze, ale jeżeli tak jest, to dlaczego jesteśmy wciąż ubodzy i nie umiemy użyć tej wiary, aby się rozwijać? Przecież ani Pismo Święte, ani moralne nauczanie katolickie, w ogóle nauczanie Kościoła, nie mówi o tym, że nie powinniśmy się rozwijać tak po ludzku. Przeciwnie, powinniśmy żyć normalnie, w pełni, jak inni. Wszystkiego, co Bóg nam daje, możemy używać dla naszego dobra. Zawsze mówiłem młodym, że nasza wiara jest ogromnym atutem. Dzięki niej możemy iść dalej, możemy osiągnąć coś dobrego dla naszej przyszłości nie tylko duchowej, lecz także materialnej, takiej całkiem zwykłej, ludzkiej. Jeśli możemy korzystać z wiary, to znaczy, że musimy być zaangażowani, aktywni w różnych sferach życia. Katolicy na Madagaskarze tacy są, ale pojawia się problem: korupcja. Przecież w nauczaniu Kościoła nie ma mowy o tym, że korupcja jest dobra. A najbardziej skorumpowani w naszym społeczeństwie, wśród elit politycznych, są niestety katolicy, którzy rządzą krajem. Większość naszych prezydentów była katolikami.
Problem jest nie tylko wśród polityków. Wystarczy spojrzeć na te wszystkie młode osoby, które biernie czekają na to, żeby rząd dał im pracę. Taka postawa nie jest zgodna z nauczaniem Kościoła. Pismo Święte, a szczególnie święty Paweł, mówi, że „Kto nie chce pracować, niech też nie je!” (2 Ts 3). To znaczy, że w życiu musimy zrobić coś zarówno dla siebie, jak i dla kraju.
Czyli nie można poprzestawać tylko na słuchaniu słów, ale trzeba wcielać je w czyn?
Pracowałem nad zmianą mentalności, tłumacząc, że jako katolicy możemy czerpać z wiary coś, czego inni ludzie nie mają. W Kościele katolickim czytamy Pismo Święte, poznajemy moralność katolicką, która daje nam coś nowego i ożywczego. To wszystko trzeba zastosować, włączyć do swojego życia. Nie możemy poprzestać na poznaniu teorii, konieczna jest praktyka. Nie można być katolikiem tylko w teorii, a w działaniu już nie. Trzeba stosować to, o czym się słyszy i o czym się mówi. Dużo katolików jest bardzo zaangażowanych w działania społeczne i w kościele na mszy widać różnych ludzi: ten prezydent, tamten dyrektor, a ten szef regionalny – wszyscy katolicy. To skąd korupcja?

Byłoby inaczej, gdyby wszyscy mieli świadomość, że jako wierzący katolicy dysponujemy czymś specjalnym, czego musimy używać, żeby dać przykład innym. To my powinniśmy pokazywać modelowe działanie. Powinniśmy podejmować nawet nieduże aktywności, ale zawsze działać zgodnie z tym, co wyznajemy. Musimy żyć tymi zasadami moralnymi, kierować się moralnością katolicką w każdej aktywności i w każdej sytuacji. Na przykład jeśli mamy problem, Kościół nie uczy nas, by uciekać czy usunąć go sprzed oczu. Musimy stanąć wobec niego, zobaczyć, jak go rozwiązać. To jest pierwsza rzecz. Poszukać rozwiązania dla wszystkich – niezależnie, czy to katolicy, czy nie. Jako katolicy dysponujemy czymś szczególnym, z czego musimy korzystać, żeby uczestniczyć w rozwoju naszego kraju.
Chodzi o to, żeby nie stać biernie z boku, okazując brak zainteresowania?
Jeśli ja, jako chrześcijanin, nie dam przykładu, to kto ma go dać? Katolicy powinni być pierwsi, bo mamy to szczęście, tę łaskę, której gdzie indziej brakuje. Jako katolik mam nie tylko wiedzę teoretyczną, lecz dostaję także siłę do działania, bo wszystkie nauki i zasady muszą uświadamiać mi, że powinienem być aktywny.
Zatem uczy Ojciec, że jeśli wiem, co mam zrobić i mogę to zrobić, ale się tego nie podejmuję, nie jestem katolikiem?
Tak. Zaczynam od oglądu rzeczywistości, widzę, że coś tu jest dobrego, że mam atut. Wiara to nasz sens, nasza siła.
A jak na przykład młodzi ludzie mogą działać tak praktycznie?
Nawet gdy jeszcze są w szkole, nie tylko mogą, ale już muszą myśleć o pewnych sprawach. Na uniwersytecie na Madagaskarze część młodych ludzi nie oczekuje od rodziców, żeby im wysyłali pieniądze, aby mogli sobie coś kupić. Młodzi mają dużo pomysłów, które mogą zrealizować. Nie czekają, tylko pracują, to znaczy że mają ducha przedsiębiorczości. Są zaangażowani i zaczęli robić coś dla swoich potrzeb i swojej przyszłości. Problemem jest to, że więcej młodych biernie czeka na pieniądze: „mamo, tato, dajcie”. I koniec. Większość nie jest tak przedsiębiorcza ani samodzielna i zaradna. W mojej rodzinie nigdy nie było kogoś, kto by wyręczał nas w sprzątaniu, gotowaniu. Zawsze sami wykonywaliśmy prace domowe. Po prostu rodzice chcieli, żebyśmy mieli takiego ducha zaradności i samodzielności. W rodzinach bywa tak, że w domu jest ktoś, kto przygotuje jedzenie czy posprząta. U nas tak nie było. Szedłem do szkoły, a po powrocie gotowałem dla domowników. Sprzątanie domu też do nas należało – przed szkołą czy po szkole, ale trzeba było to zrobić. Jedna z moich sióstr była maniakiem czystości – cementowa podłoga musiała lśnić jak szkło. Musieliśmy ją pastować i polerować za pomocą łupiny od kokosa. Siostra zawsze lubiła, żeby było bardzo czysto. I musieliśmy sprzątać, bo ona jako stylistka dużo pracowała, mąż pracował jako nauczyciel, więc ich dzieci i ja musieliśmy wykonywać różne prace domowe.
To wiara powinna pomagać w zaradności?
To jest pierwsza rzecz: być zaradnym, nie czekać.
Co mogą robić najmłodsi?
Po pierwsze, pomagać w domu. Nabrać takiego przyzwyczajenia, żeby zrobić coś nie tylko dla siebie, ale dla innych, dla rodziny. Na przykład kiedy na kanapie leżą ubrania, nie warto czekać, aż mama je poskłada. Można porządnie poustawiać krzesła przy stole. Tak było u nas w domu. Po prostu robić zwykłe małe czynności. Moje siostry były w tym bardzo surowe.
I kolejna rzecz – nasza wiara nie jest oddzielona od życia. Mamy takie specjalne powiedzenie po malgasku, które znaczy, że trzeba związać, ożenić, życie z wiarą. Dlaczego? Żebyśmy nie porzucili wiary, gdy staniemy się społeczeństwem bardziej rozwiniętym. Wystarczy popatrzeć na takie kraje jak Francja czy Belgia – rozwinięte kraje, wysoki poziom życia, a wiara gdzie? Fiuuu i nie ma. To jest bardzo niebezpieczne. Nasza praca polega na tym, żeby dzięki wierze pomóc rozwijać nasz kraj. Trzeba wiarę z życiem silnie związać, nie można mówić: tu jest moja wiara, tu się na niej opieram i do niej odwołuję, a tu nie. Nie można tego rozdzielać.
Pracował Ojciec z młodymi, by ich do takiego spójnego życia w wierze przekonywać. Jak to wyglądało?
Trzeba przyjść do nich, być i pracować z nimi. Prowadziłem spotkania z młodzieżą. Nie chodziło jedynie o formację duchową, religijną, ale podejmowaliśmy tematy życia codziennego. Była mowa o tym, jak gospodarować pieniędzmi, co zrobić, żeby mieć coś więcej oprócz pracy, jak zorganizować lepiej swój czas, jak nim zarządzać. To były spotkania dla młodych pracujących, którym powinniśmy towarzyszyć. Młodzi muszą zetknąć się z praktyką, dlatego organizowaliśmy spotkania ze specjalistami. Były działania formacyjne i czas dzielenia się, np. młodzi opowiadali, jak wydawali swoje pieniądze. Z formacji korzystali przede wszystkim studenci i młodzi pracujący. Działały także stowarzyszenia, byli mentorzy.
Oczywiście pojawiały się też tematy małżeństwa i rodziny, również w ramach formacji w odpowiedniej grupie.

