Około 750 roku w mieście Lanciano, w starożytności zwanym Anxanum, wydarzył się pierwszy udokumentowany i najbardziej znany w Kościele katolickim cud eucharystyczny. Podczas odprawiania mszy w kościele św. Longina przez mnicha z zakonu bazylianów, który wątpił w prawdziwą obecność Chrystusa w Eucharystii, w czasie kiedy wypowiadał słowa konsekracji, hostia zamieniła się w prawdziwe Ciało, a wino – w naturalną Krew.
Kochani Czytelnicy!
91% artykułów na naszej stronie jest dostępnych bez ograniczeń. Nie znaczy to, że nie istnieją koszty ich przygotowania i publikacji. Będziemy wdzięczni za zaprenumerowanie naszego czasopisma albo wsparcie naszej Fundacji. Dziękujemy za zrozumienie.
Redakcja
Teraz zaczynały się przedmieścia Lanciano, jednak będą się one ciągnąć bardzo długo i do centrum przyszedłem już po ciemku. U drzwi kościoła Franciszkanów stanąłem o godzinie 19.35, pięć minut po ich oficjalnym zamknięciu, co trochę mnie załamało. Próbowałem jeszcze dzwonić na klasztorną furtę, lekceważąc prośbę w języku polskim, aby nie dzwonić poza godzinami otwarcia, czyli od 6.45 do 19.30. W końcu napisane jest w Piśmie, aby kołatać, żeby było nam otwarte. W końcu ktoś odebrał domofon, a ja myśląc, po przeczytaniu kartki, że mam do czynienia z franciszkaninem z Polski, odezwałem się po polsku. Okazało się jednak, że to Włoch, więc musiałem improwizować moją łamaną włoszczyzną. Powiedziałem, że przyszedłem pieszo z Polski i czy nie znalazłoby się dla mnie jakieś schronienie. Po chwili zszedł i otworzył. Dał mi dziesięć euro i powiedział, żebym zjadł coś, a później poszedł do hotelu Roma, gdzie, jak mi pokazał, zadzwoni. Postanowiłem najpierw poszukać hotelu i to był błąd, bo gdy go znalazłem i zapytałem, ile kosztuje nocleg, recepcjonistka powiedziała, że czterdzieści euro, co było dla mnie za drogo, więc odszedłem. Później okazało się, że franciszkanie mają jakiś układ z tym hotelem i ich gości nocują taniej. Jednak franciszkanin nie zadzwonił, jeszcze zanim przyszedłem, myśląc, że poszedłem najpierw coś zjeść, więc recepcjonistka nic o mnie nie wiedziała. Tułałem się więc po mieście w poszukiwaniu jakiegoś spokojnego miejsca, gdzie mógłbym rozbić namiot, jednak nic nie mogłem znaleźć. Ponieważ był piątkowy wieczór, wszędzie pełno ludzi i brak jakichś parków i w ogóle zieleni. Byłem zmęczony i zrezygnowany, ponieważ aby wyjść z miasta, musiałbym iść jakąś godzinę, a jutro wracać, chcąc nawiedzić sanktuarium. W pewnej chwili zauważyłem jednak jakąś drewnianą deskę ze strzałką z napisem „Camino”. Szedłem za nią, znajdując następną, a w końcu drogowskaz z napisem „Santiago”. Jeśli były strzałki prowadzące na Camino, do Santiago de Compostella, to może być gdzieś schronisko. Spytałem o to przechodzącego gościa w moim wieku. Całe szczęście mówił po angielsku, jednak nic nie wiedział o żadnym schronisku. Dodał też, że jakieś pół kilometra stąd, drogą w dół, już kończy się miasto. Uradowany tą wiadomością zszedłem, zaopatrując się jeszcze wcześniej w ulicznym hydrancie w wodę do picia i do mycia i wkrótce znalazłem dobre miejsce do rozbicia namiotu – w jakimś gaju oliwnym. W końcu mogłem iść spać po ponad sześćdziesięciokilometrowym marszu tego dnia, dziękując Bogu, że wyprowadził mnie z tego miasta i nie muszę się już tułać, bo gdybym poszedł w jakąś inną stronę, dalej bym po nim błądził. Następnego dnia mogłem pospać dłużej, bo nastawiłem sobie budzik na 5.30 zamiast na 4.00. Zanim się jednak zebrałem, minęła godzina i nie miałem zbyt wiele czasu, żeby dostać się do miasta i do sanktuarium, które otwierają o 6.45. Na miejscu byłem o 6.55. Kościół z zewnątrz jest bardzo niepozorny. Większość z przybywających do Lanciano z pewnością szuka cudu w pobliskiej katedrze, bo trudno im zrozumieć, że w tak niepozornym kościele może być obecny jeden z największych skarbów. Może trudno im tu trafić, dlatego kiedy wszedłem, w kościele nie było nikogo oprócz mnie i paru zakonników. Dwóch z nich, w tym ten, z którym się widziałem dzień wcześniej, szło w moją stronę. Przywitaliśmy się. Drugi okazał się Polakiem i spytał, dlaczego nie poszedłem do hotelu. Opowiedziałem o wszystkim, co mnie spotkało. I obaj zmartwili się, że nie spałem w hotelu, ale ja pocieszyłem ich, mówiąc, że w gaju oliwnym było całkiem miło. Franciszkanin, który jest z Polski, powiedział, że teraz o 7.00 mają modlitwy, o 7.30 jest msza, a potem zaprasza mnie na śniadanie. Podziękowałem i jeszcze spytałem, czy mógłbym gdzieś podładować komórkę i baterie, a on pokazał mi kontakt, Potem poszedł na modlitwy, a ja – poadorować Ciało i Krew mojego Zbawiciela, które stały się tutaj tak rzeczywiste.
Mogą zainteresować Cię też:
Numer 38, Reportaże i wspomnienia
Pątnicy z Pignataro – niezwykła tradycja pielgrzymkowa do Matki Bożej Pompejańskiej