Tym, którzy nie mają władzy, wydaje się ona jakimś wielkim przywilejem, niosącym olbrzymią wolność decydowania o sobie i innych oraz robienia tego, na co i jak ma się ochotę. Podobnie myśli wielu z tych, którzy rządzić nie powinni, a czasem, niestety, to robią. I jeszcze jedno: metoda sprawowania rządów. Niektórzy są przekonani, że stojąc na czele grupy, mogą swobodnie wybierać sposób, w jaki rzeczy z ich rozkazu będą się działy. Nic bardziej mylnego, ale po kolei.
To nie będzie artykuł o sferze politycznej czy biznesowej, lecz o tym, jak rozumiemy władzę w chrześcijaństwie. A także o tym, jak bywa ona błędnie pojmowana i jak przez to niezrozumienie szkodzimy tym, którzy od nas zależą.
Gdy w gronie katolików poruszamy ten temat, niemal automatycznie dodajemy: to służba, czasem też – odpowiedzialność. Powtarzamy te słowa tak często, że wielu z nas przestaje słyszeć ich treść, przez co nie przekłada ich na życie tak, jak należy. Skoro mowa o służbie, trzeba zapytać: komu i do czego? Wiemy dobrze, że nie chodzi o bycie służącym, który jedynie wypełnia polecenia innych. Taka wizja się nie sprawdza i nie tego oczekujemy po przełożonych. Komu zatem służy ten, kto rządzi?
Zacznijmy od rodziców. To przykład najprostszy, bo większość z nas ma tu własne doświadczenia. Zadaniem rodzica jest wychowanie człowieka samodzielnego i dorosłego. Uczymy dzieci zasad moralnych i praw rządzących światem, ale też czytania, liczenia, relacji międzyludzkich – wszystkiego, co sami potrafimy. Mamy przy tym nad dzieckiem władzę. Nadużyciem jest korzystanie z niej, by sprawić dziecku przykrość, napawać się dominacją lub odreagować własne frustracje – te z minionego dnia czy z własnego dzieciństwa. Władza rodzicielska ma służyć wzrostowi dziecka, prowadzić je do wiedzy i nowych umiejętności. Gdy ograniczam czas przed ekranem, nie robię tego, by udowodnić swoją wyższość. Chcę pokazać inne formy aktywności, uczyć budowania więzi z bliskimi lub stworzyć warunki do nauki, chroniąc mózg dziecka przed przebodźcowaniem. Oto chrześcijańskie rozumienie władzy: służy ona wzrostowi i budowaniu tych, którzy są nam powierzeni.
Lubimy czasem w Kościele mówić, że każdy, kto jest trudny i nam dokucza, służy budowaniu naszej świętości. Nie będę z tym polemizować, ale błagam – nie w ten sposób dbajmy o podwładnych! Nie wystawiajmy ich celowo na próby cierpliwości, pokory i trudnej miłości. Nie wystarczą dobre chęci; potrzebna jest wiedza i kompetencje, by rzeczywiście czynić dobro. Dlatego władzę trzeba sprawować na kolanach, modląc się więcej niż zwykle. Równocześnie rządzenie wymaga ciągłego pogłębiania wiedzy psychologicznej i społecznej. Musimy mieć świadomość, co i jak mówić, by ludzi wspierać, a nie mimowolnie krzywdzić.
Władza i krzywda
Zatrzymajmy się na słowie: krzywdzić. Władza często wiąże się z krzywdą. Mając w ręku narzędzia nacisku czy przymusu, łatwo usprawiedliwiamy ich użycie. Mówimy: „zawsze tak było”, „mnie to nie zaszkodziło” albo „nie da się inaczej”. W ten sposób używamy władzy grzesznie. Choć nikt nie jest od tego wolny, nie mamy prawa chować się za powszechnością błędów i lekko traktować winy.
Nie ma rodzica, szefa, lidera czy księdza, który nigdy nikogo nie skrzywdził. A jednak nie jest to błahostka, którą można skwitować słowami „zdarza się”. Dlatego jestem przekonana, że naszym obowiązkiem – niezależnie, czy sprawujemy władzę rodzicielską, zawodową czy we wspólnocie – jest naprawianie wyrządzonych szkód. Musimy być na nie uważni i mieć sumienie wyczulone regularnym, codziennym rachunkiem.
Mówiąc językiem Kościoła: obowiązkami przełożonego są pokuta i zadośćuczynienie. Trzeba naprawić zło wyrządzone w chwilach, gdy zamiast służyć wzrostowi wspólnoty, postawiliśmy na swoim, ulegając własnym emocjom czy ambicjom.
Władza w służbie prawdy
Idealny przełożony jest niemal niewidoczny. Robi miejsce dla innych, sprawia, żeby to oni błyszczeli, żeby rośli ci najmniejsi. Potrafi wesprzeć nieśmiałych, a wstrzymać tych, którzy zagłuszają słabszych – czy to przez gadulstwo, czy przez robienie wokół siebie takiego szumu, że nikogo innego nie widać. Przełożony służy wspólnocie, budując jej jedność i dbając o nią.
Nie jest dobrze, gdy władzę dzierży człowiek kłótliwy, szukający zaczepki, który lubuje się w udowadnianiu innym błędów i forsuje swoje pomysły siłą. Taki człowiek nie zauważa dobra, które Bóg złożył w innych rękach niż jego własne. Gasi ludzi, ich inicjatywy i zapał, bo jest tak skoncentrowany na sobie i swoim wysokim stanowisku.
Jeszcze gorzej, gdy taki lider sięga po „argument ostateczny”. Mam na myśli sytuacje, gdy przełożony nieustannie używa sformułowań typu: „Bóg mi powiedział”, „na modlitwie przyszło mi rozeznanie”, „Duch Święty tak podpowiada”. Jeśli służy to ucinaniu dyskusji, jest bardzo silną manipulacją. To nie duchowość, to przemoc. Używanie autorytetu Boga do forsowania własnych, często czysto ludzkich pomysłów, zamyka usta podwładnym – bo jak dyskutować z „wolą Bożą”? Taka postawa nie ma nic wspólnego ze służbą, jest jedynie duchową atrapą władzy.
Nie neguję konieczności rozeznawania, pytania Boga i szukania odpowiedzi w czasie modlitwy. Chcę jednak uświadomić przełożonym, którym zdaje się, że mają monopol na rację: nie macie. Kościół zawsze rozeznawał wspólnotowo i ta zasada obowiązuje w każdej grupie w jego obrębie. Kiedy słowa lidera rzeczywiście płyną z Bożego natchnienia, ludzie to wyczują – nie trzeba im tego narzucać. Przeciwnie, to lider powinien nasłuchiwać głosu wspólnoty, bo właśnie przez nią często przemawia Bóg. Dopiero wtedy przywódca może z czystym sumieniem podejmować decyzje.
Pamiętajmy też, że osoba posiadająca władzę nie ma obowiązku sprawiać, by wszystkim było miło. To się nie uda. Jeśli ktoś próbuje do tego dążyć, prawdopodobnie zacznie – w imię źle pojętej miłości i jedności – zamiatać trudne sprawy pod dywan. Będzie udawać, że problemów nie ma, i atakować każdego, kto ośmieli się o nich mówić. Patologiczne milczenie i unikanie konfliktu za wszelką cenę otwiera pole do nadużyć, tworzy fatalną atmosferę i rodzi uzasadnione poczucie krzywdy. Dobrze rozumiana władza rodzi obowiązek nazywania zła złem, nawet jeśli zburzy to na chwilę komfort grupy. Tego wymaga prawda.
Sprawowanie władzy w służbie prawdy to jednak nie tylko mówienie rzeczy nieprzyjemnych. Gdyby tak było, stałoby się to szybko polem do leczenia własnych kompleksów i realizowania ambicji – mówilibyśmy z naszego nieuporządkowania, a nie z troski o dobro. Prawda w sprawowaniu władzy wymaga otwartości na krytykę. Wymaga dopuszczania dyskusji i głosów sprzeciwu. Prawda nie boi się tego, że ktoś głośno powie, dlaczego uważa coś za błąd, dlaczego się nie zgadza, czego oczekuje.
Co więcej, obowiązkiem podwładnego jest „braterskie upomnienie” przełożonego. Jeśli władza błądzi, miłość do Kościoła wymaga, by powiedzieć: „stop”. Odpowiedzialność za wspólnotę leży po obu stronach. Musimy reagować, pamiętając, że bierność podwładnych demoralizuje władzę, tworząc dyktatorów.

