Do Królowej Podlasia

Photo of author

Autor: Marek Woś

W poprzednim numerze poświęconym Matce Bożej Ostrobramskiej opublikowaliśmy reportaż z wyprawy na wschodnie rubieże Polski oraz na Litwę. Oto dalszy ciąg relacji z tej podróży.

Podlasie

Podlasie © Fot. M. Woś

Kochani Czytelnicy!
91% artykułów na naszej stronie jest dostępnych bez ograniczeń. Nie znaczy to, że nie istnieją koszty ich przygotowania i publikacji. Będziemy wdzięczni za zaprenumerowanie naszego czasopisma albo wsparcie naszej Fundacji. Dziękujemy za zrozumienie.
Redakcja

W poprzednim numerze poświęconym Matce Bożej Ostrobramskiej opublikowaliśmy reportaż z wyprawy na wschodnie rubieże Polski oraz na Litwę. Oto dalszy ciąg relacji z tej podróży.

Po zwiedzeniu Wilna i Kodnia wróciliśmy na wschodnie obszary naszego kraju. Jechaliśmy wzdłuż wschodniej granicy Rzeczypospolitej. Celem naszej podróży był Kodeń i znajdujące się tam sanktuarium Matki Bożej, z przepięknym obrazem o niezwykłej historii.

Podróż przez „ścianę wschodnią” dostarcza wielu wrażeń. Krajobrazy różnią się od tych w zachodniej Polsce. Niestety, w wielu miejscach da się dostrzec, że przez lata były to obszary słabiej inwestowane. Tu i ówdzie zostały relikty PRL-u: nieco archaiczne dworce PKS, przygasłe elewacje, niekiedy puste place, które pamiętają inne czasy. A jednak w ostatniej dekadzie da się zauważyć znaczący postęp. Nowa sieć dróg ułatwia przemieszczanie się: dawniej, aby dojechać do Gietrzwałdu z naszego redakcyjnego Poznania, trzeba było poświęcić nawet do ośmiu godzin, a teraz wystarczą cztery. To cieszy i raduje – i niech będzie zaproszeniem dla naszych czytelników, którzy jeszcze nie zwiedzili przepięknych i świętych miejsc na wschodniej ścianie Polski, aby planując wakacyjne podróże, uwzględnili je w swoich pomysłach.

Przyroda w tych regonach jest nieco „dziksza” niż w naszej Wielkopolsce. Zróżnicowanie przyrodnicze i geograficzne daje wiele do myślenia. Przejeżdżaliśmy przez wioski, gdzie na słupach tkwiły dziesiątki bocianich gniazd. Ze wzgórz obserwowaliśmy meandrujące rzeki, olbrzymie połacie łąk oraz tereny leśne. Powietrze było ciężkie od zapachu ziół roznoszącego się z licznych łąk nad rozlewiskami; czasem ten aromat wdzierał się do auta przez uchyloną szybę i zostawał z nami na długo. Przyroda ma tu bardziej pierwotny charakter: można zobaczyć ludzi kąpiących się w rzekach, co świadczy o czystości wody. To widok nie do pomyślenia np. na poznańskim odcinku Warty.

W Łomży i Węgrowie

Wracając z Wilna, na pierwszy nocleg zatrzymaliśmy się na obrzeżach wsi Wizna, znanej z krwawej bitwy podczas II wojny światowej. Po tym, jak kapitan Raginis z garstką słabo uzbrojonych żołnierzy w pierwszych dniach września stawił niezwykły opór dywizjom pancernym z generałem Guderianem na czele, miejscowość zyskała przydomek polskich Termopil. To miejsce stało się symbolem polskiej waleczności oraz żołnierskiego honoru. 

Wieczorny spacer wśród lasów i nad brzegiem Narwi wspaniale regeneruje po długiej podróży. W zajeździe rozmawiamy z jego właścicielką, Danutą, która opowiada, że mnóstwo ludzi z tej okolicy po upadku komunizmu wyjechało za chlebem, głównie do Stanów Zjednoczonych Ameryki, pozostawiając swoje rodziny, domy i gospodarstwa. Praca na emigracji pozwoliła stanąć na nogi całemu pokoleniu. Na pytanie, czy emigranci wracają do Ojczyzny, Danuta kręci przecząco głową: raczej nie… Zachowuje jednak pamięć o nich, bo to dawni sąsiedzi i krewni, z którymi łączyły ją dzieciństwo i młodość.

Nazajutrz dojeżdżamy do pobliskiej Łomży, gdzie spotykamy się z Elżbietą, która powróciła w rodzinne strony po trzech dekadach w USA. Kiedy opowiada o swojej zagranicznej pracy, uśmiecha się. Nie miała czasu na zwiedzanie Ameryki.  Codziennie, z samarytańską troską zajmowała się chorymi i starszymi osobami w ostatnim okresie życia. To przyjemność porozmawiać z naszą czytelniczką i słuchaczką transmisji różańcowych. Elżbieta to osoba pełna ciepła, z której twarzy nie znika uśmiech. Teraz, na emeryturze, gorliwie modli się na różańcu i jest szczęśliwa, że ma blisko do parafialnego kościoła pod wezwaniem Krzyża Świętego – zaledwie dwieście metrów! Zawsze uczestniczy w roratach, nabożeństwach majowych i różańcach, modląc się przy obrazie Matki Bożej Pompejańskiej oraz przy relikwiach Bartola Longo, które od niespełna dwóch lat znajdują się w bocznej kaplicy tego łomżyńskiego kościoła. To niewątpliwy znak, że czcicielka Matki Bożej Pompejańskiej ma teraz tak blisko do swojego ukochanego wizerunku Madonny.

Po krótkim spotkaniu musimy jechać dalej – do Węgrowa, gdzie znajduje się kolejna nowa kopia obrazu Matki Bożej Pompejańskiej i rozkwita jej kult dzięki trosce pani wiceburmistrz Haliny Ulińskiej oraz ks. Leszka Gardzińskiego. Węgrów to niezwykle zadbane miasteczko z okazałą świątynią przy głównym placu. Spotkanie z proboszczem, panią burmistrz oraz ks. Mariuszem Szymanikiem dostarcza nam wiele powodów do radości. Ludzie wiary zawsze znajdują wspólny język. 

Udajemy się przed obraz Matki Bożej Pompejańskiej w bocznej kaplicy. Czujemy się jak u Mamy. W półmroku świątyni chłód kamiennych ścian koi zmęczenie, a modlitewna cisza ma w sobie coś, co naprostowuje myśli. 

Inicjatorzy kultu pompejańskiego w Węgrowie opowiadają o swoich planach szerzenia kultu w przyszłości, w tym o uroczystym koncercie z okazji 150. rocznicy przywiezienia obrazu Matki Bożej Pompejańskiej przez Bartola Longo, który finalnie udało się zorganizować 16 listopada 2025 roku. 

W zakrystii księża pokazują nam niezwykłą ciekawostkę history­czną: wśród licznych portretów wisi tam znane lustro Twardowskiego. Jest to słynne XVI­-wieczne zwierciadło, które według legendy należało do Jana Twardowskiego i miało być narzędziem w praktykach alchemicznych. Je­go „magiczna moc” miała umożliwiać widzenie przyszłości lub postaci z zaświatów. Według podania z tej „możliwości” skorzystał sam Napoleon Bonaparte, kiedy w 1812 roku jego armia szła na Rosję właśnie przez Węgrów. Ujrzawszy wizję klęski swojej armii, w emocjach uderzył w lustro albo je upuścił, przez co pękło na trzy części.  Dziś zwierciadło wisi w zakrystii na tyle wysoko, aby nikogo nie kusiło do spoglądania w nie.

Kodeń dawniej i dziś

Po obiedzie w zacnym towarzystwie, żegnamy się i udajemy w kierunku Kodnia, który jest głównym i ostatnim celem naszej podróży. Dojeżdżamy tam późnym popołudniem. Kodeń leży tuż przy granicy z Białorusią. Jadąc szosą po łuku, widzimy cel naszej wyprawy: kościół Matki Bożej Kodeńskiej. A gdzieś w oddali błyszczy złota kopuła cerkwi, odbijając ostatnie promienie pomarańczowego słońca. We wsi funkcjonował też (obecnie zniszczony) kościół unicki. Tak więc widać, jak w Kodniu stykają się trzy tradycje chrześcijańskie: katolicka, prawosławna oraz greckokatolicka.

Kodeń ma ciekawe przykłady architektury drewnianej, niemal niewidoczne w zachodniej Polsce. Przed kościołem znajduje się plac z figurą Niepokalanej. Sercem Kodnia jest kościół – niemy świadek burzliwych dziejów miejscowości – z przepięknym obrazem Maryi z Dzieciątkiem.

Historia Kodnia sięga początku XVI wieku, kiedy nadano mu prawa miejskie, a już znacznie wcześniej wieś rozwijała się dynamicznie pod zarządem rodu Sapiehów. To właśnie przedstawiciel rodu, Mikołaj, wybudował renesansowy kościół św. Anny. On też w 1631 roku przywiózł (a właściwie uprowadził) z Rzymu obraz, zwany później obrazem Matki Bożej Kodeńskiej. Mikołaj Sapieha udał się do Rzymu rok wcześniej z osobistą pielgrzymką w intencji uzdrowienia z tropikalnej choroby. Otrzymawszy łaskę zdrowia po gorliwej modlitwie przed obrazem Matki Bożej Gregoriańskiej, postanowił obraz wykraść i natychmiast opuścić Rzym. Unikając głównych dróg i myląc pościgi, dotarł szczęśliwie do Kodnia, gdzie złożył obraz w ufundowanym przez siebie kościele św. Anny. 

W tym okresie Kodeń stał się miejscem kultu pątniczego. Znaczenie miasta wciąż rosło, choć spowalniały je burzliwe losy polityczne, takie jak potop szwedzki. Kodeń został krwawo doświadczony także w czasie powstania styczniowego, kiedy Polacy stawili twardy opór rosyjskiemu oprawcy. W okresie wojen napoleońskich znaczna część miejscowości uległa spaleniu. Rosjanie pod koniec XIX wieku przejęli kościół św. Anny, zamieniając go na cerkiew. Obraz Matki Bożej Kodeńskiej został uratowany – wywieziono go na Jasną Górę, gdzie przechowywano go przez ponad pół wieku. Podczas II wojny światowej Kodeń początkowo okupowali Niemcy, tworząc w nim getto żydowskie, a następnie teren ten zajęła Armia Czerwona. Ostatecznie po zakończeniu II wojny światowej Kodeń znalazł się w granicach Polski, lecz do dziś nie odzyskał praw miejskich.

Królowa Podlasia

Chociaż jest środek tygodnia, przed kościołem stoi zaparkowanych mnóstwo samochodów. Mieszkańcy wsi i okolic licznie zjechali się na wieczorną mszę świętą. Wchodzimy do kościoła. Jest przepełniony ludźmi. To coraz rzadszy widok w tzw. lepiej rozwiniętych częściach Polski. Wnętrze przenika duch wiary i modlitewne szepty. Słychać cichy szelest kartek, przytłumione kroki, krótkie westchnienia. Oczy wiernych wpatrują się w święty obraz: promieniejący barwami wizerunek Matki Bożej z Dzieciątkiem. Malunek robi niesamowite wrażenie. Choć jego hiszpańska stylistyka jest niespotykana w tym regionie, to stojąc przed nim, ma się poczucie, że doskonale pasuje do tego miejsca. Postaci Maryi z Jezusem patrzą na pielgrzymów majestatycznym, lecz ciepłym spojrzeniem, wprost na człowieka. Patrzą spokojnie i długo – nie jak ktoś, kto „ogląda”, ale jak ktoś, kto widzi. Ich spojrzenie nie jest gwałtowne ani nachalne; ma w sobie spokój, jakby mówiło: „Jestem tu. I nic, co przynosisz w sercu, nie jest za ciężkie, by na to spojrzeć razem”. Promienna perspektywa w tle nadaje całości przyjemny, ciepły wygląd i sprawia, że postaci Jezusa i Maryi jakby wychodziły naprzeciw wpatrującemu się w nie człowiekowi. Królewskie berło, które Maryja dzierży w dłoni, przypomina, że jest Królową Podlasia, która tak wiele może wyprosić u swojego Syna.

Po nabożeństwie udajemy się w okolice sanktuarium, gdzie znajdują się jadłodajnia i Dom Pielgrzyma. Idziemy z sanktuarium dróżką kalwaryjną, wytyczoną stacjami męki Pańskiej. Każdą stację stanowi okrągła kaplica z czerwonej cegły.  

Kompleks parkowy jest zróżnicowany , dobrze utrzymany i zadbany. Spacerując, zauważymy stawy, Ogród Zielny Matki Bożej, stacje różańcowe, pomniki świętych oraz miejsce do odprawiania mszy polowych. Nieco w głębi, wśród drzew, stoi kościół Ducha Świętego. Budynek robi wrażenie: ma już ponad 500 lat, a został zbudowany przez Pawła Sapiehę na dawnym wzgórzu zamkowym jako kaplica dla rodziny i dworu. To tutaj dawniej znajdował się obraz Matki Bożej Kodeńskiej. Przez pewien czas budynek pełnił funkcję cerkwi unickiej, a teraz jest kościołem, w którym w okresie letnim sprawuje się niektóre nabożeństwa. 

Wróćmy do parku: jest tak zaaranżowany, żeby skłaniać pielgrzyma do duchowych przemyśleń i kontemplacji. Poza stacjami krzyżowymi znajdują się też stacje tajemnic różańca. Labirynt w zieleni, zaprojektowany w kształcie rozwijających się płatków róży, przypomina różaniec. Zawiera liczne symboliczne odniesienia do prawd wiary.  W miejscu dawnego portu znajduje się Rozlewisko Genezaret nawiązująca do sceny z Ewangelii, gdy Jezus nauczał na łodzi. Dlatego zaprojektowano tu wyspy w kształcie łodzi, obsadzone trawami i krzewami. Przy ścianie lasu znajduje się grota z Matką Bożą Fatimską.

Napotykani ludzie są uprzejmi i życzliwi, chętnie dzielą się świadectwami wiary; w ich głosach słychać spokój, jakby to miejsce uczyło mówić ciszej. Dzień się kończy, czas szukać noclegu. 

Ograniczony dostęp

Całość przeczytasz w "Królowej Różańca Świętego". To wydanie jest wciąż dostępne w sprzedaży, dlatego ma ograniczony dostęp. Nasze czasopisma możesz nabyć w cenie już od 2 zł. Zamów i wspieraj różańcowe inicjatywy!

Photo of author

Marek

Woś

Redaktor naczelny, polonista, filmoznawca, edytor, ekonomista i wydawca.

Mogą zainteresować Cię też:

0 0 głosów
Oceń ten tekst
Powiadamiaj mnie o odpowiedziach
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments