Wspomnienie z uroczystości 150-lecia wmurowania kamienia węgielnego pod sanktuarium pompejańskie i wizyty Ojca Świętego Leona XIV.
Są takie wydarzenia, które stają się żywą historią, zapisują się w dziejach złotymi zgłoskami. Mieliśmy łaskę w takim uczestniczyć. Jeszcze zanim stanęliśmy na placu przed sanktuarium w Pompejach, czuć było, że ten dzień, 8 maja 2026 roku, będzie szczególny. Przyjechaliśmy tam jako pielgrzymi i jako redakcja związana od lat z kultem Matki Bożej Pompejańskiej. Przyjechaliśmy, by być blisko miejsca, z którego od półtora wieku rozchodzi się po świecie modlitwa różańcowa, pocieszenie dla strapionych i nadzieja dla tych, którzy po ludzku nie widzą już drogi.
Tego dnia do Pompejów przybył Ojciec Święty Leon XIV. Nie był to przypadkowy wybór miejsca ani daty. 8 maja przypadała pierwsza rocznica jego wyboru na Stolicę Piotrową, a zarazem dzień szczególnie drogi wszystkim czcicielom Matki Bożej Pompejańskiej. Właśnie 8 maja, a także w pierwszą niedzielę października, w Pompejach recytuje się uroczyście Suplikację do Królowej Różańca Świętego. Papież, który już od pierwszego dnia swojego pontyfikatu wskazywał na więź z Matką Bożą Pompejańską, przybył do źródła tej duchowej drogi.
Był jeszcze jeden wielki powód świętowania. Dokładnie 150 lat wcześniej, 8 maja 1876 roku, wmurowano kamień węgielny pod budowę sanktuarium w Pompejach. Na pierwszy rzut oka można by powiedzieć: jubileusz, rocznica, wielka uroczystość. Ale kto zna choć trochę historię tego miejsca, wie, że wspomniana data niesie ze sobą niezwykłą treść. To opowieść o ludzkiej słabości, którą uświęca Boża łaska. O Matce Bożej, która z zapomnianej Doliny Pompejańskiej uczyniła miejsce znane dziś całemu światu.
Od małego kościółka do wielkiego sanktuarium
Kiedy Bartolo Longo przybył do Doliny Pompejańskiej, nie szukał wielkich religijnych przeżyć. Przyjechał z polecenia Marianny de Fusco, późniejszej żony, aby zająć się sprawami ziemskimi i odnowić dzierżawy z ubogimi rolnikami. Zobaczył jednak nie tylko nędzę materialną. Uderzyła go także bieda duchowa ludzi, którzy formalnie byli chrześcijanami, ale często nie znali podstaw wiary. W dolinie stał mały, zaniedbany kościółek. Bartolo wspominał później w „Historii sanktuarium w Pompejach”, że po świątyni biegały jaszczurki i myszy, a ołtarz był w opłakanym stanie. Najpierw chciał tylko odnowić ołtarz. Potem, za namową biskupa Noli, zgodził się na budowę nowego kościoła. Początkowo miała to być świątynia skromna, o wiele mniejsza niż ta, która dziś zachwyca pielgrzymów. Zamierzenia były drobne: bez wielkich środków czy rozmachu. A jednak w dziełach Bożych często tak właśnie bywa: zaczynają się od małego gestu, od cichego „tak” wobec Bożej woli.
Biskup wyznaczył datę wmurowania kamienia węgielnego na 7 maja 1876 roku. Bartolo Longo poprosił jednak, aby uroczystość odbyła się dzień później. W tamtym czasie Kościół obchodził wspomnienie objawienia Michała Archanioła na górze Gargano 8 maja. Bartolo pragnął, aby św. Michał był patronem budowy i by, jak sam pisał, „wypędził z tej doliny księcia ciemności, który panował tam od czasów pogańskich zbyt długo”.
Scena z tamtego dnia – jak ją poznajemy w „Historii sanktuarium w Pompejach” – ma w sobie przejmującą prostotę. Nie było tłumów, dziennikarzy ani wielkiej oprawy. Była garstka osób: przyjaciele Bartola Longo i Marianny de Fusco, kilku kapłanów, najbliżsi współpracownicy, mieszkańcy. Na prowizorycznym ołtarzu z desek położonych na beczkach sprawowano Najświętszą Ofiarę. Biskup poświęcił kamień węgielny. Potem uczestnicy, mimo odświętnych ubrań, wzięli na ramiona kamienie i przenieśli je na miejsce budowy. I w ten sposób zaczęło rosnąć sanktuarium, na które dziś patrzymy z zachwytem.
Obietnica, która zmieniła Dolinę
Nie sposób mówić o Pompejach bez przypomnienia duchowego dramatu Bartola Longo. Zanim stał się apostołem różańca, przeszedł przez doświadczenie oddalenia od Boga, błędy spirytyzmu i okultyzmu, walki z Kościołem… Potem przez lata pokutował, pomagał biednym, służył chorym i próbował naprawić wyrządzone zło. W Dolinie Pompejańskiej, kiedy przybył tam pierwszy raz, dopadło go jednak wielkie załamanie. Czuł ciężar przeszłości i lęk, że nie zdoła uwolnić się od zła, w którym się lata wcześniej pogrążył. W chwili kryzysu przypomniały mu się słowa przypisywane św. Dominikowi: „Kto szerzy różaniec, ten nie zginie”. Bartolo chwycił za różaniec i złożył obietnicę, że nie opuści Doliny Pompejańskiej, dopóki nie rozszerzy w niej modlitwy różańcowej. W tym samym momencie rozległy się dzwony na Anioł Pański. Odczytał to jako znak, że niebo przyjęło jego decyzję. Teraz wiemy, że Maryja przyjęła tę obietnicę i dała zarazem Bartolowi misję do spełnienia.
Z tej obietnicy narodziło się dzieło, które przerosło wszelkie ludzkie plany. Różaniec zaczął przemieniać Dolinę Pompejańską, potem Włochy, a z czasem cały świat. Bartolo Longo dotrzymał słowa, a Matka Boża pobłogosławiła jego pracę z hojnością, której nie da się wytłumaczyć wyłącznie ludzką przedsiębiorczością. W tym właśnie tkwi tajemnica Pompejów: otwartość człowieka na przyjęcie Bożej woli spotkała się tam z łaską Boga.
Papież Leon XIV w Pompejach
Przed 9:00 rano papież przyleciał z Rzymu helikopterem. Ojciec Święty przejechał papamobile przez dwa pompejańskie place. Tłum wiwatował, wołał, śpiewał, machał rękami. Papież często się zatrzymywał. Brał na ręce dzieci, błogosławił je, uśmiechał się do chorych i do rodzin. Na jego twarzy było coś bardzo prostego: szczera radość człowieka, który nie tylko przemawia do wiernych, lecz naprawdę chce ich spotkać i czerpie z tego radość. Leon XIV sprawiał wrażenie człowieka pełnego pokoju. Mimo wieku, mimo ciężaru obowiązków i intensywnego programu był promienny, żywiołowy i uważny. Można powiedzieć, że jest papieżem uśmiechu. Ten uśmiech nie był jednak powierzchowny. Widać było, że jego źródłem jest modlitwa. Po przejeździe przez plac udał się na spotkania z kapłanami, osobami chorymi i ludźmi zaangażowanymi w dzieła miłosierdzia prowadzone przy sanktuarium. Potem był czas adoracji Najświętszego Sakramentu.
To bardzo ważny obraz: papież witany przez tłumy, otoczony wiwatami, a jednak szukający ciszy przed Panem. Jakby chciał pokazać, że każda radość Kościoła musi mieć swoje źródło w adoracji. Że nawet największa uroczystość, najpiękniejsze święto i najbardziej entuzjastyczne spotkanie wiernych nie mogą odbywać się w oderwaniu od Tego, który jest Centrum.
Po adoracji Ojciec Święty wyszedł na mszę świętą sprawowaną na głównym placu sanktuarium. Ołtarz polowy był pięknie przygotowany, a w widocznym miejscu umieszczono bliski naszym sercom wizerunek Matki Bożej Pompejańskiej. Ten obraz ma swoją własną, niezwykłą historię. Przywieziony do Pompejów 151 lat temu, na wozie pełnym obornika, stał się narzędziem głoszenia Bożego miłosierdzia całemu światu. To nam coś mówi o Maryi jako Matce Miłosierdzia: tej, która nie brzydzi się zgnojonym stanem ludzkiego sumienia, lecz prowadzi grzeszników do Boga.
Suplika, która jednoczy serca
Po mszy świętej uroczyście odczytano Suplikację do Królowej Różańca Świętego. Ta modlitwa, napisana przez Bartola Longo w 1883 roku jako odpowiedź na różańcową encyklikę papieża Leona XIII, jest aktem zawierzenia Maryi: siebie, rodzin, ojczyzny, Europy i całego świata. Odmawia się ją w Pompejach dwa razy w roku: 8 maja i w pierwszą niedzielę października.
Tego dnia każdy z obecnych miał tekst modlitwy. Plac wypełnił się głosami wiernych. Nie była to cicha, prywatna modlitwa odmawiana pod nosem. Był to wspólny akt zawierzenia, wypowiedziany jasno, z wiarą i z mocą. Gdy Suplika dobiegła końca, rozległy się oklaski. Wybiło południe. Czas spotkania z papieżem powoli się kończył, ale trudno było mieć poczucie, że coś się zamyka. Raczej przeciwnie: jakby wszyscy otrzymali zadanie, aby iść dalej z różańcem i z Maryją. W tej modlitwie spotkały się wielkie rocznice i bardzo osobiste intencje: 150 lat sanktuarium, pierwsza rocznica pontyfikatu, pamięć Bartola Longo, wdzięczność za dzieła miłosierdzia, prośby rodzin, wołanie o pokój, pragnienia pielgrzymów. Wszystko zostało złożone w ręce Matki Bożej. I może właśnie dlatego ten dzień był tak poruszający: bo wielka historia dotknęła zwykłych ludzkich serc.
I jeszcze miły akcent: rankiem 8 maja 2026 roku patrzyliśmy na niebo z pewnym niepokojem, ponieważ prognozy zapowiadały deszcz, a uroczystość miała odbywać się na placu przed sanktuarium. Tymczasem przedpołudnie okazało się pogodne, a na czas Supliki wyszło słońce. Deszcz przyszedł dopiero wtedy, gdy wszystko dobiegło końca i wierni zdążyli się rozejść. Trudno nie uśmiechnąć się na myśl, że Matka Boża osłoniła nas na ten czas swoim płaszczem!