Niedługo przed ślubem dowiedziałam się od narzeczonego, że może mieć problem z płodnością po operacji usunięcia przepukliny. Rozmyślałam o tym, co mogłam zrobić? W międzyczasie targały mną wątpliwości co do małżeństwa, z którymi wewnętrznie walczyłam. A może to znak, żeby nie brać ślubu? Zaczęłam się modlić, zawierzyłam tę sprawę Panu Bogu, oddawałam wszystko Maryi podczas każdej modlitwy różańcowej. Skoro Opatrzność postawiła Mateusza na mojej drodze, ma w tym swój plan.
Wtedy byliśmy już siedem lat razem, trochę czasu przeżyliśmy wspólnie, nie wyobrażałam sobie, aby to się miało zmienić. Obydwoje chcieliśmy założyć rodzinę i mieć dzieci. Uznałam, że to Boża wola, czy da nam potomstwo. Planowałam już w głowie wieloletnie modlitwy zanoszone w tej intencji, psychicznie nastawiałam się na taką perspektywę przyszłych lat. W lipcu 2022 roku przyjęliśmy sakrament małżeństwa. We wrześniu wybrałam się z moją przyjaciółką do Sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej. Do plecaka wzięłam list napisany do jasnogórskiej Pani, w którym prosiłam o Jej opiekę nad małżeństwem i naszą przyszłą rodziną. Wierzyłam głęboko, że pomoże mi, uprosi upragnione dzieci. Nie czekałam długo na odpowiedź Matki Bożej.
11 listopada dowiedzieliśmy się o ciąży, a chwilę później kolejna wiadomość jeszcze bardziej nas zaskoczyła. Okazało się, że to ciąża bliźniacza. Jednak wielka radość zaczęła we mnie z dnia na dzień gasnąć, gdy „stan błogosławiony nie był wcale tak błogosławiony”, jak to sobie wyobrażałam. Ciąża bliźniacza wiązała się z boleściami dla mojego ciała. Przechodziłam przez różne dolegliwości wynikające z ciąży, a najgorszą informacją było to, że mam głównie leżeć i wypoczywać, unikać aktywności fizycznej. Jakby tego było mało, pewien czas spędziłam w szpitalu na oddziale patologii ciąży, w innym mieście, daleko od rodziny. Przebywałam tam przez Święta Wielkanocne oraz Święto Bożego Miłosierdzia. Nie wiedziałam, czy jeszcze przed porodem wrócę do domu. Wtedy umacniała mnie modlitwa różańcowa, którą odmawiałam w szpitalnym łóżku, słuchając jej za pomocą słuchawek. Mimo że coraz częściej nie miałam ochoty się modlić, gdyż przygnębiała mnie ta sytuacja, różaniec towarzyszył mi codziennie. Wiedziałam, że brak modlitwy nie będzie dobrym pomysłem. Różaniec był jedyną słuszną ucieczką, poddaniem się woli Bożej, nawet jeśli musiałam walczyć. Odczuwałam, że pośród trudności i niechęci jest to ratunek, aby nie popaść w rozpacz i załamanie. Odmawiając różaniec, zawsze w pierwszej kolejności modlę się za innych, za bliskich, za Polskę, za grzeszników. W tej modlitwie nie stawiam na siebie, ponieważ czuję, że Maryja patrzy na moje serce, dobrze wie, czego mi potrzeba. „Wszystkie Twoje burze i fale nade mną się przelewają” (Ps 42, 8), modliłam się w sercu.
„Mama, mama”. „ – Tak, to nasza Mama”
Ostatnie dni przed rozwiązaniem również spędziłam w szpitalu. W poniedziałek 12 czerwca w łóżku modliłam się na różańcu, a wtedy przyszła do mnie położna, aby zabrać mnie na badanie tętna dzieci. Tego dnia odbyło się ono wcześniej niż zwykle. Odebrała mnie położna z drugiego oddziału. Nie dokończyłam modlitwy, więc kolejną dziesiątkę odmawiałam podczas badania. Było kilka minut po godzinie piętnastej, kiedy nagle poczułam silny skurcz i nie słyszałam już tętna u jednej z córek. Wszystko działo się bardzo szybko, pamiętam położną, która przejęła mnie, aby wykonać badanie. Podbiegła do mnie, kazała mi się obrócić, uspokajała, a ja w głowie tylko prosiłam Boga, aby nie zabierał mi dziecka. W tym czasie wezwano zespół lekarzy. Córka owinęła się pępowiną i konieczne było szybkie wykonanie cesarskiego cięcia. Sala operacyjna była gotowa, a ja wystraszona położyłam się na łóżku, oczekując operacji. Personel medyczny usypiał mnie do porodu, ale pamiętam moment, gdy nie widziałam nic oprócz bardzo jasnego światła, a w tle słyszałam płacz dzieci; trwało to kilka sekund. Niedługo potem obudziłam się i było już po wszystkim. Moje córki: Klara i Hania, otrzymały 10 punktów w skali Apgar. Dziewczynki urodziły się równy miesiąc przed terminem, ale dzięki Bogu nie wpłynęło to negatywnie na ich rozwój. Gdy wybudzałam się, podeszła do mnie położna, która przeprowadzała badanie, i oznajmiła: „Pani Olu, to cud, że tak się to skończyło. Opatrzność Boża czuwała, prawda?”. Mogłam tylko przyznać jej rację i zalać się łzami. Później dowiedziałam się, że położna, która zaprowadziła mnie tego dnia na badanie, powiedziała do mojej mamy, że sama nie wie, dlaczego przyszła po mnie wcześniej, ale coś ją natchnęło, żeby tak postąpić. Te słowa utwierdziły mnie w przekonaniu, że Bóg wiedział, co robi, zresztą tak jest zawsze. Realizował Swoją wolę już wtedy, kiedy ja wyobrażałam sobie wieloletnie modlitwy o potomstwo. Bóg cały czas działał; przecież zgodziłam się na Jego wolę już przed małżeństwem. Powiedziałam fiat jak Maryja.
Dziś dziewczynki mają prawie dwa lata. Niedawno usłyszałam, jak Hania powtarza słowo „mama”. Podeszłam do niej i zobaczyłam, jak trzyma brelok przypięty do zamka mojej torebki z wózka, na którym znajduje się wizerunek Matki Bożej Częstochowskiej. Wzruszyłam się. „ – Mama, mama…”. „ – Tak, to nasza Mama”. Ja zapominam i nieudolnie proszę o Jej pomoc, a moja córka przypomniała mi, że jest tu Mama, która zawsze nas wspierała i czyni to dalej.
Duch Święty: Duch miłości i pokoju
Gdy kilka lat temu doznałam nawrócenia, stwierdziłam, że już nie ma w głębi mnie chęci odwetu, braku przebaczenia czy uprzedzeń do bliźnich. Myliłam się. Jeszcze przed ślubem nie dogadywałam się z moimi teściami. Niedługo po urodzeniu dzieci zdarzyła się sytuacja, przez którą nie wytrzymałam i w złości wygarnęłam teściom wszystko, co o nich myślę, bez najmniejszych skrupułów i zahamowań. Do takiego stopnia, że pojawiły się ogromne wyrzuty sumienia, które zagłuszałam, lecz ukazywały mi prawdę o tym, że negatywne emocje nie zniknęły wraz z nawróceniem. Starałam się modlić za rodziców męża, nie obraziłam się na nich, utrzymywaliśmy kontakt, jednak z dużym dystansem, bo rana była wciąż niezagojona. Moja modlitwa wyglądała tak: „Boże, odmień moich teściów, niech zrozumieją, co robią źle”, dlatego dalej targały mną niepewne emocje, a relacja z rodzicami męża się nie poprawiała. Na niedzielnej mszy świętej usłyszałam słowa: „Jak poznać dobrą modlitwę? To taka, po której stajesz się lepszy”. No cóż, moja modlitwa nie była dobra. Nie stawałam się po niej lepsza, ponieważ tkwiłam w tym samym punkcie. Dalej modliłam się na różańcu za teściów i po jakimś czasie złość przeszła. Przestałam podsuwać Bogu swoje rozwiązania. Następnie modliłam się do Maryi słowami: „Naucz mnie być dobrą matką, dobrą żoną, dobrą córką, dobrą siostrą, dobrą przyjaciółką, dobrą sąsiadką. Naucz mnie być lepszym człowiekiem. Naucz mnie być taką, jaką jesteś Ty, Maryjo”. Pokorna modlitwa połączona razem z różańcem trwała miesiącami, aż pewnego dnia dostrzegłam przemianę. Relacja między mną a teściami stała się lepsza, w ich towarzystwie byłam uśmiechnięta i żartowałam, w końcu się otworzyłam. A co najważniejsze, poczułam, jak bardzo modlitwa odmieniła mnie. Przede wszystkim modlitwa za teściów poprawiła moje nastawienie do nich. Oczywiście, że w zachowaniu rodziców męża również zauważyłam przemianę. Duch Święty, Duch miłości i pokoju, działał między nami. Nie chciałam już koncentrować się na wadach, a zaczęłam widzieć dobro. Nauczyłam się być lepszą córką, lepszym człowiekiem. Maryja Oblubienica Ducha Świętego nie zawiodła – gdy modlę się w swoich intencjach, Królowa działa. Lubię obraz, który odtwarzam często w głowie, kiedy każde „Zdrowaś Maryjo” jest jak róża składana u stóp Matki Bożej, a Ona tworzy z nich piękny bukiet w moim życiu, powstający po kolejnej burzy życiowej. Dobrze wiemy, że każda róża ma swoje kolce, ale na tym polega życie. Równocześnie na bólu i cierpieniu, a także na wielkiej radości z pokonanych przeszkód. Jak mawiał Karol Wojtyła: „Bóg pragnął wcielić się poprzez miłość Matki”.
Dziękujemy, Maryjo.
Aleksandra Karczewska
