Kiedy gruba warstwa popiołów pokryła Pompeje, dla tych, którzy zdołali uratować swoje życie, stało się oczywiste, że nie ma powrotu do dawnej świetności starożytnego miasta. Ocaleli rozproszyli się po rzymskim świecie, a całun śmierci a niemal osiemnaście wieków okrył to miejsce zapomnieniem.
W antycznych dokumentach, jak np. listach Pliniusza Młodszego, zachowały się wspomnienia o Pompejach, niemniej były one znane wąskiemu gronu, bo kto mógłby przypuszczać, gdzie szukać reliktów przeszłości. Ruiny miasta przykrywała kilkumetrowa warstwa popiołów i życiodajnej gleby. Na obszarze dawnych Pompejów toczyło się rolnicze życie. Na przestrzeni dziejów zdarzało się, że natrafiano na relikty zaginionego miasta, np. przy różnego rodzaju wykopach. Pierwsze zorganizowane prace badawcze przypadły na połowę XVII wieku, jednak trzeba było czekać jeszcze sto lat, aby podjęto się systematycznych badań naukowych.
W połowie XIX wieku obszar nad starożytnymi ruinami zamieszkiwało około tysiąca ubogich rolników. Na skrzyżowaniu dróg stała gospoda, zaniedbany kościółek oraz pałacyk należący do rodziny de Fusco, właścicieli sporej części tych ziem. Po śmierci ich dziedzica, Albenzia de Fusco, zapanował prawny chaos: owdowiała żona, Marianna, z pięciorgiem dzieci zamieszkała w pobliskim Neapolu, żyjąc w skromnych – jak na hrabinę – warunkach. Powodem tego stanu rzeczy był brak możliwości ściągnięcia opłat od rolników dzierżawiących pompejańskie ziemie.
I tu pojawia się bohater naszej opowieści: Bartolo Longo. Ten trzydziestoletni doktor prawa przyjaźnił się wówczas z Marianną i na jej prośbę pojechał do Doliny Pompejańskiej, aby pobrać należności za dzierżawy. Tak zaczęła się piękna duchowa przygoda, z której wyłonił się Boży Plan dla tego miejsca i dla świata.
Młodość i błędy Bartola Longo

Longo urodził się w 1841 roku w Latiano – miejscowości, która niewiele mówi polskiemu czytelnikowi. Łatwo będzie nam ją zlokalizować, gdy wyobrazimy sobie, że znajduje się na „obcasie buta” Półwyspu Apenińskiego. Wychowywał się zatem w miasteczku na prowincji, w rodzinie dość zamożnej. Jako że był ochrzczony, miał możliwość kształcenia się w kolegium pijarów i w prywatnej szkole wyższej. Przyszło mu żyć w okresie niezwykle burzliwym – kiedy Królestwo Włoch jednoczyło się, a zarazem narastał silny konflikt z Państwem Kościelnym, które na Półwyspie Apenińskim obejmowało znaczny obszar, mniej więcej równy powierzchni Szwajcarii. Był to czas gwałtownie postępującego antyklerykalizmu i rosnącej nienawiści do duchownych. Środowiska ateistyczne i wolnomularskie podżegały do wygnania papieża. Konflikt ten zakończył się przejęciem dóbr Kościoła przez Królestwo Włoch oraz likwidacją ponadjedenastowiecznego Państwa Kościelnego. Jednak zanim do tego doszło, Bartolo Longo, młody student prawa, w najgorętszym okresie sporu trafił do Neapolu – miasta, które stanowiło epicentrum politycznych wstrząsów.
Choć wychowany został w duchu chrześcijańskim, po lekturze bluźnierczej książki („Żywot Jezusa” Ernesta Renana), która negowała bóstwo Jezusa, dał się porwać szaleńczemu prądowi epoki, stając się jedną z twarzy ruchu antykościelnego. Był uczestnikiem demonstracji i wystąpień politycznych, organizatorem antyklerykalnych teatrzyków, uczestniczył także w modnym wówczas ruchu spirytystycznym.
Tu pozwolę sobie na dygresję dotyczącą pozytywizmu – epoki, która w polskim systemie edukacji jest nieco idealizowana. Milczeniem pomija się zarówno antyklerykalne nastroje tamtych czasów, jak i towarzyszące im fascynacje spirytystyczne, wyrosłe z „badań” Allana Kardeca. Wskutek jego publicystyki na popularności zyskał pogląd (a mowa o latach 60. i 70. XIX wieku), że można komunikować się z duszami zmarłych poprzez praktyki mediumiczne. Sprowadzało się to do rejestrowania rzekomych przekazów z zaświatów – poprzez pismo automatyczne, słyszenie głosów, trans hipnotyczny – i nadawania im cech naukowości. Kardec w seansach spirytystycznych wypytywał rzekome duchy o sprawy życia doczesnego i wiecznego: o Boga, prawo moralne, sens istnienia itd. Jakkolwiek dla wielu osób odpowiedzi te stanowiły coś na kształt dogmatu, to przeglądając publikacje Kardeca, łatwo zauważyć, że były one w istocie skrajnie uproszczonym zlepkiem znanych już pojęć filozoficznych, humanistycznych ideałów i wierzeń, zredukowanych czasem do banału.
To wszystko, o dziwo, dobrze przyjmowało się w pozytywistycznych kręgach. Być może dlatego, że spirytyzm zdawał się godzić racjonalizm z metafizyką, wypluwając z siebie nową religię o pozorach mierzalności. Pozytywizm włoski to również hasła, które dobrze znamy z polskiej publicystyki po II wojnie światowej, a które zyskują dziś na sile: Kościół i chrześcijaństwo uznawano za symbole wstecznictwa, za hamulce cywilizacyjne, za wrogów postępu. Nauka natomiast jawiła się jako nowy bożek ludzkości. Zarówno dziś, jak i wówczas eliminowano religię ze szkół, a sprawy wiary redukowano do sfery prywatnej czy wręcz obszaru wstydu.
Pozytywistyczne podejście i synkretyczne idee spirytyzmu dobrze współgrały z rozkwitającym wolnomularstwem. Jest rzeczą oczywistą, że ojcowie Królestwa Włoch, począwszy od Garibaldiego, byli Wielkimi Mistrzami lóż masońskich lub przynajmniej sympatykami tych tajnych stowarzyszeń, które jakże daleko miały do idei przejrzystości, jawności czy demokracji. Ze słowami „wolność, równość i braterstwo” na ustach były gotowe niszczyć każdego, kto wyznawał inne poglądy.

I w takie środowisko trafił Bartolo Longo: młody idealista, w którego duszę wsiąkała mieszanina masońskich idei oraz spirytystycznych fantasmagorii. Poszukując odpowiedzi na uniwersalne pytania – o istnienie Boga, o sens egzystencji – stał się uczestnikiem seansów i został medium spirytystycznym. Pełnił też coraz wyższe funkcje. To wszystko doprowadziło go na skraj obłędu i wyniszczenia fizycznego. Spotkany przypadkiem na ulicy przyjaciel z lat młodości tak bardzo przejął się stanem Bartola, że widział go już niemal jako pacjenta domu dla obłąkanych. Po latach sam Longo w swoich pismach demaskował te spirytystyczne zgromadzenia jako „świątynię szatana”, w której pełnił rolę kapłana.
Nawrócenie Bartola Longo
Ćwierć wieku po chrzcie Bartolo Longo przeżył swoje duchowe odrodzenie. Można to nazwać zarówno wyjściem z duchowego mroku, jak i wejściem na drogę świadomej wiary. Z pewnością był to proces – nawet sakrament pokuty odbywał się etapami. Spowiednik, w serii codziennych spotkań, cierpliwie rozsupływał pętle grzechu, prowadząc penitenta do źródeł wiary.
Dzień odkupienia nadszedł w święto Najświętszego Serca, kiedy o. Radente uznał, że Bartolo jest już gotowy na odpuszczenie grzechów. Zauważmy przy tym niezwykłą gorliwość nawróconego grzesznika w spełnianiu warunków spowiedzi – w zadośćuczynieniu za popełnione zło. Z odwagą wobec niedawnych przyjaciół i członków sekty wyrzekał się swoich działań i poglądów, publicznie wyznając wiarę w Jezusa.
Z czasem Bartolo Longo zbliżył się do neapolitańskich wspólnot modlitewnych i wstąpił do tercjarstwa dominikańskiego, przyjmując imię zakonne Rosario. Brat Różaniec, jak nazywano Bartola, rozpoczął też pełnienie posług wśród chorych w szpitalu, idąc za radą swojego kierownika duchowego, św. Ludwika z Casorii. W tym okresie poznał także św. Katarzynę Volpicelli – żyjącą niczym zakonnica arystokratkę, a zarazem gorliwą czcicielkę Serca Jezusa oraz Małgorzaty Alacoque. Za jej pośrednictwem zaprzyjaźnił się z Marianną Farnararo, po mężu de Fusco, którą już wspominaliśmy wcześniej w tej opowieści.

Bartolo Longo – społecznik
Tak więc nasza historia zatoczyła koło: historyk napisałby, że Bartolo pojechał do Pompejów w 1872 roku w sprawach dzierżaw ziemi przez Mariannę de Fusco od lokalnych rolników. My, wierzący, widzimy w tym Palec Boży. Sam Longo po latach napisał, że był „prowadzony przez Bożą opatrzność tak, jak się prowadzi niewidomych i dzieci”. Rzeczywiście – był w wierze jak dziecko, bo ledwie kilka lat po nawróceniu; był niewidomy, bo jakże mógłby przewidzieć Boży plan dla tego zapomnianego miejsca?

Kiedy przyjechał do Doliny Pompejańskiej po raz pierwszy, nie było tam wytyczonych granic administracyjnych – obszar podlegał pod różne wsie czy miasteczka. Po okolicy grasowali rozbójnicy. Ledwie tysiąc mieszkańców żyło w rozrzuconych tu i ówdzie ubogich chatkach, nie znając alfabetu ani podstaw wiary. W ich głowach pozostały jedynie jakieś relikty chrześcijaństwa, lecz w sercach tliła się wiara w istnienie życia pozagrobowego. Niektórzy uczestniczyli w rzadkich nabożeństwach, odprawianych w ciasnym, rozpadającym się kościółku.
Status społeczny mieszkańców był opłakany. Bartolo wspominał po latach starca, który aby się ogrzać, kładł się na świeżym, a więc ciepłym oborniku; dzieci pozostawione same sobie; brak legalizacji małżeństw, ponieważ nikt nie wiedział, gdzie udać się w sprawach urzędowych; brak szkoły, utwardzonej drogi, urzędu pocztowego, służb mundurowych. Wszechobecna nędza materialna, duchowa i moralna postawiła adwokata wobec zasadniczego problemu: jak można oczekiwać czegokolwiek od tych biednych ludzi? Czyż miał stać się tylko egzekutorem należności, których nie sposób ściągnąć?

Brat Różaniec kierował się w swoim życiu sercem, nigdy wyrachowaniem. Intuicyjnie podążając za głosem Bożej Opatrzności, stawał się Jej narzędziem i przyczynił się do tego, że miejsce to stało się oazą miłosierdzia i pokoju. Pół wieku później w miejscu wioseczki funkcjonowało nowe miasto o administracyjnej nazwie „Pompeje”, posiadające szkoły, szpitale, zakłady pracy, dworzec kolejowy, utwardzone drogi, elektryczność, urzędy, domy dla sierot i dzieci więźniów, oraz – w końcu – przepiękny kościół, wokół którego wszystko to wyrosło.
Okazałe sanktuarium stało się sercem nowych Pompejów. Kościół nazywa Ducha Świętego Ożywicielem – działającym przed wiekami i ponad czasem. I tak jest w istocie, bo to On tchnął w przysypaną popiołami wulkanu ziemię nowe życie. To On glebę niegdyś liźniętą jęzorami wezuwiańskiego ognia dotknął płomieniem ożywczej łaski, który – niczym języki ognia zstępujące na Apostołów w Dniu Pięćdziesiątnicy – spoczął na głowie Bartola Longo, naznaczając go do nowej misji. Ziemia pogańska, kojarzona też z przepychem i nieczystością, miała odtąd stać się oazą chrześcijaństwa – znakiem ewangelicznych prawd i praktyczną realizacją Bożego Miłosierdzia przez dzieła chrześcijańskie. Ten, który „czyni wszystko nowe” (por Ap 21,5), przemienił skałę grzechu w glebę zbawienia.
Szczególnie symboliczny wymiar ma działalność Bartola Longo wśród dzieci więźniów. Opracowana przez niego metoda wychowawcza była solą w oku pedagogów pozytywistycznych, którzy – zachłyśnięci teorią frenologii – wyznawali przekonanie co do dziedziczności przestępczych genów. Prowadziło to do sytuacji, w której dziećmi więźniów gardzono lub bano się ich, traktując je jak potencjalnych przestępców. Bartolo takim dzieciom pomagał, dając im wychowanie, szkołę, dach nad głową, zawód. Przez założony przez niego dom przewinęły się setki dzieci, a pierwszy chłopiec po latach został duchownym katolickim.
Syn Maryi
Pompeje zwane są też miastem miłości, miłosierdzia, a także Miastem Maryi. To Jej miasto – tu bowiem Królowa Różańca Świętego ma swój, dosłownie, tron. Tak bowiem stylizowany jest główny ołtarz w pompejańskiej świątyni.
Bartolo Longo był wiernym czcicielem Maryi, naśladującym Ją w cnotach i działaniu – człowiekiem wielkiego, gorącego serca, niezważającym na potencjalne trudności czy przeszkody. Tak jak Maryja, mimo że była w stanie błogosławionym, szła z pośpiechem przez góry, by służyć Elżbiecie, tak Bartolo nie kalkulował, lecz podążał za głosem serca, podejmując się wyzwań, jakie stawiało przed nim codzienne życie. Jego fiat to pełna zgoda na wolę Bożą w jego życiu, a zarazem duchowe zobowiązanie, które miało mu towarzyszyć aż do ostatniego tchnienia.
Kluczowy epizod w jego nawróceniu miał miejsce w Dolinie Pompejańskiej, krótko po jego przybyciu tam w 1872 roku. Otóż trapiła go wówczas przerażająca myśl, że skoro kapłaństwo w służbie Bogu jest niezbywalne i wieczne, to takież może być również jego dawne „kapłaństwo” w służbie szatana. Mimo lat, które upłynęły od czasu nawrócenia, dręczyło go przekonanie, że owe „święcenia” oznaczają jego wieczne potępienie. Zły duch sączył swój jad w serce Bartola tak, że był już bliski samobójstwa.

W krytycznej chwili, błąkając się po Dolinie Pompejańskiej, w okolicy zwanej siedliskiem harpii – mitologicznych upiorów – został natchniony myślą daną mu z nieba. Upadł na kolana i, wyciągnąwszy ręce ku górze, obiecał, że skoro zbawiony może być każdy, kto rozpowszechnia różaniec, to on nie opuści Doliny Pompejańskiej, dopóki nie zaszczepi w niej tego nabożeństwa do Maryi. Ta obietnica, której źródła odnajdujemy w piętnastu obietnicach Alana de la Roche, stała się jego duchową dewizą.

Nie pytał: „Jakże się to stanie?”, lecz – po prostu – w pokorze robił to, co umiał najlepiej: modlił się różańcem z duchowymi analfabetami, uczył ich modlitwy i podstaw wiary. Małymi krokami osiągał wielkie cele. Dzieła, jakie przyszło mu czynić później, możemy nazwać realizacją woli Bożej – nie tylko dla ziemi, lecz i dla całego świata. Jakże mógłby przewidzieć, że jego skromny zamiar osiągnie światowy format? Nie sposób jednak nazwać jego postawy naiwnością. Było to raczej zawierzenie Bogu, zgodnie ze słowami: „Niech mi się stanie według Twojego słowa” (Łk 1, 38)
Na Via Arpaia w Pompejach, w miejscu, gdzie złożył duchową deklarację, stoi do dziś pomnik z wypisanymi słowami jego obietnicy.
W Dolinie Pompejańskiej zaczęła się jego publiczna działalność. To tutaj biskup diecezji Nola zobowiązał go do zbudowania kościoła, co było nadzwyczajnym wyrazem zaufania wobec osoby świeckiej. W piętnaście lat dokonał dzieła planowanego na dwa pokolenia. Nie udałoby się tego zrealizować, gdyby nie Boży plan miłosierdzia.
Dzieła społeczne i charytatywne, w tym szczególna troska o sieroty i dzieci więźniów, szły w parze z duchowym zaangażowaniem na skalę światową. Po latach, bez cienia przesady, możemy nazwać nowe Pompeje duchową stolicą różańca świętego, a samego Bartola jednym z największych reformatorów tego nabożeństwa.




