Rozdarta ziemia, uradowane serce. O wojażach bliskowschodnich.

Photo of author

Autor: Andrzej Jędrzejczak

Poznaj prawdziwy Izrael i Palestynę, złożoność i różnorodność życia poza kontrowersjami. Sprawdź sam, zanim wydasz werdykt.

Widok na Jerozolimę

Widok na Jerozolimę, , Fot. © A. Jędrzejczak

Kochani Czytelnicy!
91% artykułów na naszej stronie jest dostępnych bez ograniczeń. Nie znaczy to, że nie istnieją koszty ich przygotowania i publikacji. Będziemy wdzięczni za zaprenumerowanie naszego czasopisma albo wsparcie naszej Fundacji. Dziękujemy za zrozumienie.
Redakcja

Rzeczywistość współistnienia na jednej ziemi Izraela i Palestyny to motyw, który wzbudza wiele kontrowersji, sprawa wciąż niezałatwiona i należąca do tych, które ciężko podejmować z przyczyn politycznych. Czy jednak tylko tym żyje mieszkaniec Izraela? Czy to jedyny aspekt, nad którym refleksję
prowadzą Palestyńczycy?

Podczas swoich wypraw odkrywam , że rzeczywistość jest jeszcze bardziej skomplikowana, niż ją kreują mainstreamowe media. Wielość i różnorodność na tak małym skrawku ziemi, jaki zajmuje obecnie państwo Izrael wraz z częściowo kontrolowaną przez siebie Autonomią Palestyńską, uczy mnie, że wciąż należy sprawdzić samemu, zanim wyda się werdykt. Sprawdzam to zatem wciąż, od kilku lat nagminnie nadużywając czasu i zasobów swojego portfela, odwiedzając do znudzenia te same miejsca. Po Jerozolimie już dawno nie poruszam się z mapą. Nie jest mi obca szczegółowa kontrola podczas przeprawy na samolot powrotny, a kierunek jazdy wielu arabskich autobusów znam na pamięć. Tamtejszy jadłospis nie stanowi dla mnie tajemnicy, a szczerość ludzi może i nieco zdumiewa, lecz nie jest to już to samo zaskoczenie co kiedyś. Przywykłem nawet do hałasu zatłoczonego Starego Miasta w Jerozolimie, do wyglądającego na opuszczony dworca w Ramallah, do tułających się pospiesznie pielgrzymów, licznie tam przybywających oraz do wrzaskliwych często i rozgorączkowanych sprawami, na które Europejczyk nie zwróciłby może uwagi, palestyńskimi mężczyznami. Zajadłość w sporach tych ostatnich jest niebywała, nawet gdy są w nich rozjemcami.

Nadal jednak zadziwia mnie wiele w tym miejscu. Izrael, Palestyna, Ziemia Święta, a może Kanaan – nie mnie to rozstrzygać, choć ból jest nad wyraz dotkliwy, a jego źródłem jest niemoc wobec narastających problemów społecznych, z jakimi przyszło mi się zetknąć. Zaskoczenie budzi we mnie wciąż niejednoznaczność zamieszkujących Izrael ludzi. Kraj niewielkich rozmiarów, a tak zróżnicowany w wielu sferach, jest fe­nomenem na skalę galaktyki. Chyba nigdzie indziej ludzie nie różnią się tak bardzo pod względami religijnymi, etnicznymi, kulturowymi. Jeśli miałbym pokusić się o porównanie, to nie znajduję żadnego. Tętno życia, prowokowane często palącym słońcem, wyrywanie pustynnych  rubieży pod uprawę, trudy codziennej i zwykłej egzystencji, medialna otoczka wokół społecznego problemu konfliktu izraelsko-palestyńskiego – to elementy niepozwalające spokojnie zasnąć, gdy byłem już w pędzącym z Tel Awiwu do Jerozolimy pociągu. I to nawet mimo tego, że noc obfitowała w ogrom atrakcji, nowo poznanych ludzi, wymiany myśli i spostrzeżeń.

Wędrówka Anno Domini 2023

Starłem się niegdyś w słownej utarczce z podróżnikiem z krwi i kości, który na ścianie swojego gabinetu zawiesił mapę świata. Na niej to „odhacza” kolejne miejsca przez siebie zwiedzone i rości sobie prawo do miana odkrywcy świata. Zapytany przez niego, gdzie tym razem się wybieram w okresie letnich wakacji, odparłem z dumą i pewnością siebie, że do Izraela, a jakżeby inaczej! W odpowiedzi dostałem gradem po uszach! ów mężczyzna był już w Izraelu piętnaście lat temu i nie zamierza tam na razie wracać, bo przecież tyle jest na świecie do zobaczenia. W rzeczy samej – do zobaczenia. A czy do przeżycia i odkrycia?

Wędrówka odbyła się jednak, mimo zaskakującego mnie czasem niezrozumienia bliskich mi ludzi. Cel był konkretny – praca i zwiedzanie, a to drugie miało się odbyć, jak tylko czas pozwoli. Zwiedzanie pojmuję jednak jako czas przygotowania do wędrówki i jej rozciągnięcie w czasie. Nie interesują mnie przelotne wizyty. Wolę delektować się miejscem, jego historią i stanem obecnym. Tym razem do listy dopisałem mie­ jscowości przez „zwykłych” turystów często pomijane. Tel Azeka, Kirbet Qeiafa, Bet Guwrin, Maresza, Lakisz, Kiriat Gat, Wadi Qelt to miejsca, do których raczej nie docierają pielgrzymi lub turyści podczas rekreacji. Zdarza się też, że wielu z nich zapomina, że Pole Pasterzy wcale nie znajduje się w Betlejem, tylko w kolejnej arabskiej mieści nie, jaką jest Beit Sahur. Czymś  raczej normalnym jest wizyta w Nazarecie lub w Tyberiadzie. Rzadziej jednak już w Jerycho, do którego wjazd może zostać okupiony poważnym strachem o siebie i o swoje zdrowie, o ile ktoś zbyt mocno się przejmie. Wcześniejsze moje przyjazdy również obfitowały w odwiedziny miejscowości, do których mało kto się zapędza. Aszkelon, Aszdod, Megiddo, Ramallah, Akko lub Herodium – miejsca, o których wielu słyszało, może są w stanie wskazać je na mapie, jednak to na tyle, jeśli chodzi o ich znajomość. A warto poznać je bliżej, bo znajomość historii tych i innych miejsc pozwala uzmysłowić sobie, jak skomplikowaną przeszłość ma ziemia, którą się nawiedza. Konia z rzędem tej Czytelniczce lub temu Czytelnikowi, którzy kiedyś rozmyślali, jak byłoby dobrze odwiedzić Jokneam lub Afulę. I chodzi mi tu o wskazanie na to, że Izrael to nie tylko Wzgórze Świątynne lub Bazylika Grobu Pańskiego. Miejsc jest aż za nadto, by odwiedzić je podczas weekendowej wyprawy. A i wtedy pozostaje ona nadal muśnięciem klimatu. Tygodniowy pobyt jest już znacznie bardziej pożądaną wersją odwiedzin Izraela.

Teolog na wykopaliskach

Nie raz też słyszałem, że po teologii to nie ma pracy i po co mi tam jakieś studiowanie o Bogu. Praca jednak jest, aż jej za nadto. Trzeba tylko wiedzieć, co chce się robić. Może nie przynosi ona zbyt wielkiej liczby finansowych profitów, jednak wrażenia są ogromne. A cóż nam z życia zostaje jak nie wspomnienia? Dla nich jednak trzeba z wielu rzeczy zrezygnować i stać się na poły wędrowcem na tej ziemi. Tak jak przed laty wędrowali przez Judeę asyryjscy wojowie, gdy zdobywali kolejne twierdze, by wreszcie dotrzeć pod mury Jerozolimy. Napięcie tych czasów z końca VIII wieku przed Chrystusem oddaje tytuł jednej z naukowych książek, który brzmi: „Sennacheryb u bram Jerozolimy”. Czytelnicy zrozumieją zapewne, jak wielkim echem odbiła się ta wyprawa, nie tylko dla jej świadków, lecz i późniejszych pokoleń starożytnych Izraelitów. Ktoś, kto ma zacięcie do historii, zwłaszcza antycznej, zrozumie zapewne, że piszącemu te słowa na wspomnienie o archeologicznej przygodzie minionego lata wciąż serce bije nieco mocniej. Uczyć się archeologicznego fachu pod okiem doświadczonych badaczy i to w takim miejscu, to nie lada przywilej! Poprzedni rok kalendarzowy stanowił okazję do odwiedzin archeologicznego stanowiska, choć wtedy pobyt w Megiddo był znacznie krótszy i mniej wymagający. Tym razem miesięczna eskapada w Lakisz należała do bardzo trudnych doświadczeń. Pobudka o 4.15, gdy bliscy w Polsce dopiero co przewracali się na drugi bok, praca w kurzu i spiekocie, zagrożenie ze strony jadowitych pająków i pędzących po ziemi skorpionów, nie były w stanie przyćmić dumy z pobytu w tak ważnym dla historii starożytnego Izraela miejscu. Rozgrzebywanie historycznej przeszłości ma w tym przypadku swój urok i głęboko przeżywane może stanowić wstęp do wielkiej miłości. Prawdziwej miłości do ziemi i skarbów przez niej skrywanych.

Archeologia to jedna z tych dziedzin nauki, które sieją zamęt i zniszczenie. Gdyby powziąć się na skonstruowanie jakiegoś motta, to z przymrużeniem oka można wykorzystać słowa Jezusa dotyczące przyszłości świątyni jerozolimskiej: „Nie pozostanie kamień na kamieniu” (Mk 13,2). I tak też rzeczywiście działają archeolodzy, gdy próbują dokopać się do przeszłości. Błędne jest przecież myślenie, że można wejść dwukrotnie do tej samej rzeki. Podobnie jak fałszywa jest teza, że można odłożyć jakiś element w to samo miejsce. No tak się nie da! Dlatego ta żmudna, acz fascynująca praca, przymusza do wielkiego skupienia i ogromnej uwagi. Nie można pominąć detali, trzeba kopać wolno i nie dać się ponieść własnej energii.

Co teolog może robić na wykopaliskach? Uczyć się metody badawczej, celebrować chwile w wielokulturowym środowisku, wspominać minione czasy i czekać tylko na moment, gdy uda się wykopać jakiś artefakt, by swoim niewprawnym czasem okiem wyjawić głośno własną interpretację dotyczącą znaleziska. Z dnia na dzień szło mi z tym coraz lepiej, choć do przyzwoitości jeszcze daleka droga. Świadomość partycypowania w przywracaniu przeszłości i niszczeniu jej świadectw (bo przecież my nigdy nie odbudujemy już tych rozebranych murów!) stanowią nie lada wyzwanie i jednocześnie błogosławieństwo.

Czym żyje ulica

Każdy z moich pobytów w Izraelu jest okupiony ryzykiem utraty zmysłów na rzecz tego miejsca. I niech nie będę sądzony niesłusznie o sprzyjanie jakiejś opcji politycznej. Nie w smak mi pchać się do cudzych problemów lub oceniać je z pozycji widza. Czasem jedynie mogę stwierdzić fakt, że coś jest, jakie jest. Inaczej działają moi liczni rozmówcy, mieszkańcy tych terenów. W dominikańskiej szkole biblijnej, École biblique et archéologique française de Jérusalem, spotkać można ich wielu, lecz i tam panuje powściągliwość języka, bowiem wszyscy mają świadomość bycia jedynie gościem. Nie jest to działanie pożądane, gdy zapraszamy kogoś do domu, a ów przybysz podnosi głos, komentując niestarannie ustawione doniczki, które przygotowaliśmy w mgnie­ niu oka, bo już czekały na nas kolejne obowiązki. Nie należy do działań pożądanych wypominanie gospodarzowi, że przygotował za dużo strawy lub nie wszystko jest nam w smak. Wtedy raczej wsłuchuje się w narzekanie pana domu, który utyskując na pogodę, równocześnie mógłby dać nam znać, że posiłek mu się jednak nie udał.

Wsłuchiwałem się więc w narzekającego izraelskiego taksówkarza, którego do szewskiej pasji doprowadzała obecność etiopskich migrantów rozsianych po wielu ulicach Tel Awiwu. Dało mi się we znaki pojękiwanie arabskiego chrześcijanina na upiorne nastawienie jego muzułmańskich sąsiadów wobec problemu czystości w zamieszkiwanej przezeń wiosce. Do skraju psychicznej wytrzymałości próbowany był ekonom jednego z jerozolimskich klasztorów, gdy przyszło mu się mierzyć  z arabskimi pracownikami budowlanymi. Swego niezadowolenia na cenę złotego trunku nie krył bezdomny przebywający nieopodal Bramy Damasceńskiej. Z zadziwieniem wysłuchiwałem, gdy przybywający na jeden weekend turyści mieli już dosyć tamtejszej pogody (o zgrozo!). Z trudnością szło mi popołudniowe odpoczywanie, gdy poza żarem lejącym się z nieba, moją drzemkę po ciężkiej pracy przerywał muezin swoim donośnym śpiewem. A wielu chrześcijan utyskuje na wciąż rozregulowane głośniki usytuowane na meczetach. Z niedowierzaniem przysłuchiwałem się radom dawanym przez niemiecką badaczkę, która pocieszała młodych alumnów seminarium duchownego, przybyłych z Europy, że na ulicy mogą zostać co najwyżej opluci i nie muszą niczego się obawiać. Przecież nie tak dawno jeden z katolickich księży został wręcz zaatakowany i pewnie sam żałował, że go nie opluto.

Jerozolima, miejsce święte, czczone chyba czasem jako jedna, wielka świątynia. Wojsko izraelskie strzeże porządku przy bramach starego miasta, a w zasadzie tylko w jej arabskiej części. W części żydowskiej miasta panuje gwar. Na placach targowych rozgorączkowani, walczący o kolejnych klientów sprzedawcy, usilnie starają się uzyskać jak najlepszy wynik finansowy w następnym dniu roboczym. Dopiero wraz z nastaniem szabatu, świętego dnia w kalendarzu żydowskim, pojawiają się spokój i cisza, często graniczące z otępieniem. Szum hebrajskich szeptów przenosi się wtedy pod Ścianę Płaczu, zachodnią część mu­rów okalających Wzgó­rze Świątynne. Na tym szczycie rozpościerała się kiedyś żydowska świątynia, do czasów rzymskiej wyprawy Tytusa. Po niej nic nie było już takie samo.

Całość przypieczętował najazd arabski, a wreszcie wzniesienie meczetu – a w zasadzie dwóch meczetów, bo oprócz Domu na Skale jest tam jeszcze mniejszy Al-Aksa. ów szabatowy spoczynek rozprasza się z nadejściem sobotniego wieczoru. Zaznać tej prawdziwie świętej ciszy w arabskiej części nie da się w żaden z kolejnych dni w tygodniu. Pobudzani do życia przez walkę o godność i nadmiernie rozpalone słońce Palestyńczycy zdają się nigdy nie odpoczywać. Europejczyk jest zadziwiony, czasem poruszony, a już na pewno zaskoczony międzykulturowym obrazem Jerozolimy, który pozostał jako spuścizna tradycji wielkich trzech monoteistycznych religii. I szkoda tylko, że w tym wszystkim zbyt dużo jest polityki i wzajemnego przepychania…

Photo of author

Andrzej

Jędrzejczak

Doktor teologii, pisze na tematy biblijne i o Ziemi Świętej, pasjonuje się archeologią.

Mogą zainteresować Cię też:

0 0 głosów
Oceń ten tekst
Powiadamiaj mnie o odpowiedziach
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments