O chodzeniu do Kościoła

Photo of author

Autor: Maria Łączkowska

Rozmowy o sprawach wiary to także pytania o nasze parafie i msze święte. Pewna osoba, wspominając studenckie czasy, opowiadała, że gdy w czasie wakacji we Francji opiekowała się dziećmi jako au pair, nie rozumiała swoich gospodarzy, którzy co niedzielę jeździli na mszę świętą około 20 kilometrów, co dla wielodzietnej rodziny stanowiło niezłe wyzwanie, choć kościół parafialny znajdował się kilkaset metrów od ich domu. Działo się to pod koniec ubiegłego wieku i we francuskich parafiach było wtedy trochę inaczej niż u nas.

Malarska scena grupy osób idących polną drogą przez wiejski krajobraz o zmierzchu

Wspólna droga przez wiejski krajobraz skłania do refleksji nad wiarą i parafialną wspólnotą

Kochani Czytelnicy!
91% artykułów na naszej stronie jest dostępnych bez ograniczeń. Nie znaczy to, że nie istnieją koszty ich przygotowania i publikacji. Będziemy wdzięczni za zaprenumerowanie naszego czasopisma albo wsparcie naszej Fundacji. Dziękujemy za zrozumienie.
Redakcja

Rozmowy o sprawach wiary to także pytania o nasze parafie i msze święte. Pewna osoba, wspominając studenckie czasy, opowiadała, że gdy w czasie wakacji we Francji opiekowała się dziećmi jako au pair, nie rozumiała swoich gospodarzy, którzy co niedzielę jeździli na mszę świętą około 20 kilometrów, co dla wielodzietnej rodziny stanowiło niezłe wyzwanie, choć kościół parafialny znajdował się kilkaset metrów od ich domu. Działo się to pod koniec ubiegłego wieku i we francuskich parafiach było wtedy trochę inaczej niż u nas. 

Dziś ta osoba cieszy się, że sama nie musi pokonywać aż takich odległości, ale też rzadko zagląda do parafialnego kościoła. W tej samej rozmowie ktoś przyznał, że w latach licealnych nie rozumiał, dlaczego niektórzy koledzy odnajdywali swoje miejsce wzrastania w wierze jedynie w kościołach zakonnych, nie widząc dla siebie miejsca w parafialnej przestrzeni. Wydawało mu się to nawet troszkę snobistyczne. Dopiero gdy jako dorosłego człowieka w pewnej kancelarii parafialnej potraktowano go jak kogoś, kto przyszedł jedynie po „usługę religijną”, zrozumiał, jak wielkim był szczęściarzem w swojej rodzinnej parafii. Takie rozmowy wiążą się z pojęciem „churchingu” – za którym nie przepadam, ale jest ono często używane, by nazwać zjawisko wędrowania po parafiach w poszukiwaniu swojego miejsca.

Parafia

Z podaniem definicji parafii pewnie nikt nie miałby większego problemu. Wiemy, że to najmniejsza kościelna jednostka administracyjna, hasła: „terytorialna” i „personalna” też nam coś mówią. Większość z nas korzysta z sakramentów we własnej parafii. Czasami ktoś żartobliwie doda, że ma w kościele „wierzących księży”. I tak jest dobrze. Część katolików wybiera jednak dla siebie miejsce poza własną parafią. I tak też jest dobrze.

W jakich przypadkach odnajdujemy nasze miejsce w kościelnej ławce w innej świątyni, niż wynika to z administracyjnego przypisania? Pierwszy powód ma raczej charakter pozytywny: jesteśmy od lat związani z jakimś duszpasterstwem środowiskowym, zawodowym lub z jakąś formacją. Drugi podobnie: wiąże się z przywiązaniem do parafii, w której się wychowaliśmy i mimo przeprowadzki nadal zamierzamy w niej korzystać z sakramentów. Po prostu chodzi o kontynuację czegoś, co się zaczęło wiele lat temu i chcemy wzmacniać wszystko, co służy naszemu wzrastaniu w wierze. Dzieje się to w bardzo naturalny sposób i raczej nie budzi żadnych naszych wątpliwości i rozterek.

Czasami jednak nasze luźniejsze związki z parafią wynikają z przesłanek negatywnych: w miejscu, do którego z racji zamieszkania jesteśmy przypisani, nie odnajdujemy się, mówiąc delikatnie, albo mamy trudności z przyjęciem tego, co jest nam „oferowane” – znów delikatnie spróbuję. Najczęściej to nieodnajdywanie dotyczy istoty życia katolika, czyli mszy świętej. I to nie jest banalny problem. Nie chodzi tu o kategorie estetyczne, proste: „podoba mi się – nie podoba mi się”. Jeżeli nie podoba mi się wystrój kościoła, dykcja księdza czy lektora, jakość śpiewu organisty, godziny mszy świętej czy sąsiedztwo w ławce – to mój problem i tu warto przez chwilę się zastanowić, co jest najważniejsze i czy nie można by czasami spojrzeć na kogoś, kto posługuje w czasie mszy świętej, widząc przede wszystkim jego zaangażowanie i szczerość, a nie wymagając mistrzowskiego poziomu. Jasne, że duża odpowiedzialność spoczywa tu na księdzu proboszczu, który udostępnia między innymi mikrofon konkretnym osobom, ale trzeba pamiętać, że to też jest bardzo delikatna sprawa. W takich jedynie estetycznie „uwierających” sytuacjach warto się zastanowić, co jest najważniejsze. I wiadomo – jeśli nie jest się siłaczem i mistrzem ascezy, to się wybierze kościół, w którym ładniej śpiewają i czytają. Jesteśmy przecież tylko ludźmi. Można jednak czasem próbować ze sobą powalczyć.

Photo of author

Maria

Łączkowska


Mogą zainteresować Cię też:

0 0 głosów
Oceń ten tekst
Powiadamiaj mnie o odpowiedziach
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany