Podobnie jak w Polsce istnieją piękne i długie tradycje pielgrzymkowe, z których najważniejsze prowadzą na Jasną Górę, tak i na świecie znane są liczne szlaki wiodące do miejsc świętych. Najsłynniejsza jest oczywiście sieć dróg prowadzących do Santiago de Compostela. Rzadziej uczęszczany współcześnie szlak prowadzi do Ziemi Świętej, a wciąż żywą rolę odgrywa historyczna droga do Rzymu. Dziś jednak chciałbym opowiedzieć wam, czytelnikom „Królowej Różańca Świętego”, o pielgrzymkach, które zdążają do szczególnie bliskiego naszym sercom sanktuarium Matki Bożej Pompejańskiej. Można śmiało powiedzieć, że sanktuarium w Pompejach jest dla Włochów tym, czym Częstochowa dla Polaków. Trzeba jednak dodać, że włoskie tradycje pielgrzymkowe różnią się nieco od polskich, choć (nomen omen) chodzi w nich o to samo.

Wśród pielgrzymek kierujących się do Pompejów wyróżnię tylko te, które zdążają tam w maju. Wtedy wyrusza największa z nich – pielgrzymka z Neapolu. Co roku gromadzi ona tysiące wiernych, którzy wychodzą sprzed bazyliki del Carmine Maggiore i po przejściu ponad 20 km uroczyście wchodzą do sanktuarium Królowej Różańca w Pompejach. Bardzo liczna jest także pielgrzymka z Sorrento, położonego na skraju wybrzeża amalfitańskiego. Jej trasa prowadzi wzdłuż wybrzeża, przez Castellammare di Stabia, aż do Pompejów. Na uwagę zasługuje również pielgrzymka młodych z Salerno, miejsca pochówku św. Mateusza Apostoła. Licząca około 30 km droga pokonywana jest nocą – wtedy znacznie łatwiej wędrować włoskimi drogami, na co dzień często mocno zatłoczonymi przez pojazdy.
Spośród licznych pielgrzymek szczególną wartość ma jednak ta, która od 80 lat wyrusza z miejscowości Pignataro Maggiore. Łączy ona długą tradycję z piękną historią, stanowiąc wyjątkowy przykład pielgrzymiego dziedzictwa regionu.
Dzieje pielgrzymki
Pignataro Maggiore to jedno z tysięcy włoskich miasteczek, które na pierwszy rzut oka nie wyróżniałoby się niczym wyjątkowym, gdyby nie związana z nim tradycja pielgrzymkowa. Miejscowość położona jest na wzgórzu, około 50 km na północ od Neapolu i 20 km na południe od Cassino – miasta leżącego u stóp słynnej góry, zdobytej w 1944 roku przez armię generała Andersa. Choć samo miasteczko uniknęło wojennej zawieruchy, wojsko upomniało się o jego mieszkańców. Rzuceni na front II wojny światowej młodzi mężczyźni znaleźli się w obliczu śmiertelnego zagrożenia. Wtedy zawierzyli swoje życie Matce Bożej Pompejańskiej i obiecali, że jeśli szczęśliwie powrócą z wojny, odbędą pieszą pielgrzymkę do Jej sanktuarium.
Maryja wysłuchała ich próśb. Krótko po powrocie do domu postanowili dotrzymać złożonej obietnicy. Włożyli do plecaków kamienie, zdjęli buty i wyruszyli pieszo z Pignataro Maggiore do Pompejów. Jak wielka musiała być ich wdzięczność za ocalone życie! W kolejnych latach powtarzali ten pielgrzymi trud. Z czasem dołączali do nich sąsiedzi, rodzina, znajomi, a nawet mieszkańcy okolicznych miejscowości. Pielgrzymka, powtarzana rokrocznie, stała się piękną tradycją, którą kontynuowały następne pokolenia – dzieci, wnuki i prawnuki uczestników pierwszej wędrówki.
Od 1945 roku pielgrzymka odbywa się nieprzerwanie. Zawsze rozpoczyna się 5 maja, tuż przed północą, i trwa dwa dni, aby zdążyć na uroczystości w Pompejach przypadające 8 maja. W tym roku odbyła się już po raz osiemdziesiąty. Ten jubileusz przypadł na czas szczególnej łaski dla sanktuarium – rok, w którym papież Franciszek podjął decyzję o kanonizacji Bartola Longo, założyciela sanktuarium, a jednocześnie obchodzi się 150. rocznicę sprowadzenia do Pompejów cudownego obrazu Matki Bożej Różańcowej.
Pielgrzym z Polski
Miałem szczęście uczestniczyć w tej pielgrzymce już cztery razy. Nie planowałem kolejnej wyprawy, jednak będąc we Włoszech w przededniu naszej pompejańskiej pielgrzymki, niemal w ostatniej chwili podjąłem decyzję, by piąty raz wyruszyć na ten wymagający pielgrzymi szlak. Było to po części związane z pewną obietnicą: rok wcześniej, spotkawszy organizatorów pielgrzymki z Pignataro Maggiore, usłyszałem od nich pytanie, dlaczego już z nimi nie chodzę. Odpowiedziałem wtedy nazbyt spontanicznie, że w kolejnym roku na pewno dołączę. Obietnic należy dotrzymywać, tak więc 5 maja na zatłoczonym Napoli Centrale wsiadłem do pociągu mającego wyruszyć do Pignataro.
Nie ukrywam – do ostatniej chwili targały mną wątpliwości. Wspomnienia trudów poprzednich pielgrzymek, obawa przed prognozowanymi deszczami i nieuchronnym zmęczeniem powracały jak natrętne echo. Dopiero przyjechałem z Polski, a tuż po tej wędrówce miałem prowadzić grupę na naszej 23. pielgrzymce. Ledwie kilka dni wcześniej oddałem do druku podwójne wydanie czasopisma, które wymagało ogromu pracy. Bez odpoczynku, dwa dni po przylocie, miałem podjąć się kolejnego wysiłku? Głowa szukała wymówek wobec naturalnej ochoty, by spędzić dwie kolejne noce w wygodnym łóżku, a dni gdzieś na plaży wybrzeża amalfitańskiego, rankiem racząc się cappuccino, a wieczorem smakując spaghetti czy słynną neapolitanę.
Pokusa była silna. Choć bilet już miałem w ręku, myślałem, by zawrócić. Walcząc ze zniechęceniem, doczekałem gwizdka konduktora pociągu jadącego do Cassino. Zbierając siły, wsłuchiwałem się w stukot kół oraz patrzyłem na kampanijskie pejzaże nabierające w zachodzącym słońcu specyficznego blasku.
My, Polacy – pomyślałem wtedy – mamy w sobie nutę romantyzmu, by nie rzec: szaleństwa. W sprawach Bożych nie zawsze liczymy się z konsekwencjami i bierzemy na siebie czasem ciężary ponad możliwości. Miałem świadomość, że pójdę podziękować Matce Bożej w Pompejach za liczne łaski, lecz zabrałem też ze sobą bagaż dziesiątek intencji od naszych czytelników, zwłaszcza od osób modlących się z nami podczas wieczornego różańca na żywo. Było ich tyle, że niemożliwe stało się ich spamiętanie. Pielgrzymka w tych wszystkich sprawach mogła stać się doskonałą ofiarą, łączącą pokutę z modlitwą. Z pewnością rozumie to nasz autor, Krzysztof Jędrzejewski, którego życie nierozerwalnie związane jest z pielgrzymowaniem. Dla niego setki, jeśli nie tysiące dni w drodze, bez żadnej asekuracji, są codziennością. Wobec tego dwa dni marszu z Pignataro wydawały się proporcją skromną, co natchnęło mnie nutą optymizmu.
Wreszcie dotarłem do Pignataro Maggiore. Na stacji, w nocnych ciemnościach, czekał na mnie Silvestro – jeden z organizatorów. Zabrał mnie jeszcze na kanapkę i kawę. Była już godzina 21, gdy spotkałem się z pozostałymi organizatorami: Angeliną, córką jednego z żołnierzy-pielgrzymów, jej mężem Severio i córką Michaelą (z którą wywiad ukazał się w 63. numerze „Królowej” <zobacz tutaj>) oraz jej mężem Antoniem. Okazało się, że obie pary akurat w tym roku świętują swoją 50. oraz 25. rocznicę zawarcia sakramentu małżeństwa. Chwila miłej rozmowy, lecz w powietrzu dawało się wyczuć lekkie napięcie. Do rozpoczęcia pielgrzymki pozostała już tylko godzina. Na organizatorach spoczywał spory wysiłek. Jak mówili mi we wspomnianym wywiadzie, przygotowania zajmują nawet dziewięć miesięcy. Nic nie pozostawia się przypadkowi, nie ma miejsca na bałagan. I tym razem miałem się przekonać, że wszystko zostało dopilnowane w najdrobniejszych szczegółach.
Wyruszamy
Na przywitanie otrzymałem od Michaeli koszulkę (do wyboru w kilku rozmiarach), plecak pielgrzyma oraz chustę – znaki rozpoznawcze, które sprawiają, że wszyscy pielgrzymi upodabniają się do siebie. Stajemy się jakby modlitewną armią Maryi. Szybko zmierzamy na główny plac w Pignataro, gdzie kłębi się już tłum ludzi. Rodziny odprowadzają pielgrzymów, ich bagaże przejmują specjalne pojazdy. Ostatnia kawa, sfogliatella – i wchodzimy do kościoła. Tam, podczas inauguracji pielgrzymki, modlimy się na różańcu. Czas modlitwy mija błyskawicznie – trzeba wyruszać.
Przez bramę przed kościołem przechodzą pierwsi pątnicy, niosąc tablice z informacjami o pielgrzymce i krzyże. Noc jest dość ciepła, droga początkowo lekka, schodzimy bowiem z góry. Pragnienie snu jeszcze nie daje o sobie znać, a ulice rozświetlają latarnie. Z okien domów spoglądają mieszkańcy miasta, machają chustkami, klaszczą i proszą o modlitwę. Pielgrzymka liczy około 500 osób. Grupa układa się w długi peleton – niektórzy idą samotnie, inni w małych grupkach. Najwytrwalsi trzymają się środka, gdzie nieustannie rozbrzmiewają modlitwy i pieśni.





Opuszczamy miasto. Gęsto zaludniona Kampania sprawia, że granica między miasteczkami i wioskami często się zaciera. Trochę zabudowy, trochę pól – trudno powiedzieć, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie. Noc rozprasza jedynie blask pojedynczych latarni i odgłosy szczekających psów. Po trzech godzinach marszu nadchodzą trudniejsze momenty: jest najgłębsza noc, a organizm domaga się odpoczynku. Mieliśmy już co prawda krótką przerwę na espresso, lecz nie trwała ona nawet kwadransa. Każdy postój staje się okazją, by choć na chwilę usiąść, przymknąć oczy i zdrzemnąć się – nawet na stacji benzynowej, tuż pod dystrybutorem, wprost na chodniku. Organizm uczy się czerpać siły z tych krótkich chwil odpoczynku bez zbędnego wybrzydzania na okoliczności.
Spowita w ciemnościach droga staje się monotonna, oczy walczą ze snem, a wspomnienie poduszki jawi się jako największy luksus. Lecz… przecież życie nie jest tylko wygodą i spokojem – jest także nieustannym poszukiwaniem sensu, tęsknotą za wyższym sensem, czasem oznacza mierzenie się z bólem, niepewnością –metaforycznym wchodzeniem w mrok. Pielgrzymowanie nocą jest więc esencją ludzkiej egzystencji: idziemy przez ciemność, w niepewności, ale… wiemy, dokąd zmierzamy. Nie poddajemy się więc zniechęceniu, zmęczeniu ani potknięciom – idziemy do celu.
Trzeba jednak być ostrożnym. Po wyjściu z ostatniej wioski maszerujemy pasem awaryjnym ruchliwej trasy, tuż obok pędzących ciężarówek. Wschodzące słońce dodaje otuchy i rozgrzewa po wilgotnej nocy, a my wchodzimy na przedmieścia. Przejście przez Neapol nie ma nic z romantyzmu, jaki wyobrażają sobie turyści powtarzający słowa: „zobaczyć Neapol i umrzeć”. My, pielgrzymi, oglądamy miasto od jego zaplecza: zaśmiecone ulice, dzielnice znane z filmów o Camorrze. Choć w ostatnich latach widać zmiany na lepsze, to jednak nikt nie chciałby iść tam samotnie nocą.
Odtąd, od Neapolu aż do Pompejów, nasza trasa ciągnie się wzdłuż gęstej zabudowy, wiodąc pielgrzymów przez nierówne chodniki z wysokimi, męczącymi progami. Przemierzamy miasto, mijając samochody, skutery, ludzi idących do pracy. Nikt nie zatrzymuje ruchu, gdy przechodzimy przez ronda i ulice. Na neapolitański chaos nie ma lekarstwa – trzeba się dostosować, inaczej można się zgubić albo i zaginąć. Rozgrzany bruk i nierówny, dziurawy asfalt prowadzą do miejsca dłuższego odpoczynku. Wieczorem, po całej nocy i dniu marszu, docieramy w końcu do hali sportowej. Rozpakowanie bagaży przebiega sprawnie – każdy pragnie jak najszybciej wziąć prysznic i złapać kilka godzin snu, bo już o drugiej w nocy trzeba wstać i ruszać dalej. Nikt nie wybrzydza na zbiorowy prysznic i leżenie pokotem na podłodze. Przyszliśmy o dwudziestej, a już o pierwszej zaczyna się krzątanina: zwijanie rzeczy i przygotowania do wyjścia. Za nami dwie trzecie drogi – przed nami jeszcze około 30 kilometrów. Wszyscy myślami są już przy najpiękniejszym miejscu na ziemi – sanktuarium Matki Bożej Różańcowej, gdzie niebo spotyka się z ziemią, gdzie króluje najlepsza z Matek.
Ostatnia prosta
Wyruszamy, niosąc w sercu perspektywę, że już za dziesięć godzin będziemy u celu. Przechodzimy przez dzielnicę Barra. Na szczęście tym razem pielgrzymka nie przypada w weekend. Pamiętam wcześniejsze lata, gdy szliśmy nocą z soboty na niedzielę, a ulice rozbrzmiewały odgłosami hucznych zabaw. Zarazem przed oczami stawały obrazy społecznych patologii: prostytucji i narkomanii. Tym razem jest spokojniej. Noc rozświetlają latarnie i reflektory aut. Odczuwa się bliskość morza – wilgoć w powietrzu jest tak wysoka, że osiada na odzieży i ciele, potęgując odczucie chłodu.

