W Tatrach, nad brzegiem Morskiego Oka wisi na limbie mała kapliczka z figurką Maryi, nazywana Matką Boską od Szczęśliwych Powrotów. Pierwotnie powstała ona, aby uczcić tragiczną śmierć robotników, którzy zginęli zasypani przez lawinę podczas wyrąbywania lodu dla potrzeb schroniska.
Kochani Czytelnicy!
91% artykułów na naszej stronie jest dostępnych bez ograniczeń. Nie znaczy to, że nie istnieją koszty ich przygotowania i publikacji. Będziemy wdzięczni za zaprenumerowanie naszego czasopisma albo wsparcie naszej Fundacji. Dziękujemy za zrozumienie.
Redakcja
W Tatrach, nad brzegiem Morskiego Oka wisi na limbie mała kapliczka z figurką Maryi, nazywana Matką Boską od Szczęśliwych Powrotów. Pierwotnie powstała ona, aby uczcić tragiczną śmierć robotników, którzy zginęli zasypani przez lawinę podczas wyrąbywania lodu dla potrzeb schroniska.
Z czasem jednak zniszczała i zastąpiono ją gipsową figurką, a następnie płaskorzeźbą. W 1992 r. zarówno wśród miejscowej ludności, jak i krakowskiego środowiska akademickiego zrodziła się idea postawienia nowej kapliczki. Za zgodą konserwatora zabytków i dyrekcji
Tatrzańskiego Parku Narodowego postawiono kapliczkę z figurką, którą wyrzeźbił ludowy artysta Władysław Koszarka, a fundatorem został Andrzej Bafia. Kuria Biskupia zaaprobowała zaproponowaną nazwę figurki i od tego czasu jest ona czczona jako wizerunek Matki Bożej od Szczęśliwych Powrotów. Przy kapliczce regularnie odprawiane są Msze Święte i nabożeństwa, a nawet udzielane są chrzty i śluby gromadzące wiernych, którzy specjalnie na nie przybywają, jak również przypadkowych turystów. Jest to coraz bardziej znane miejsce kultu Maryjnego, a regionalne władze kościelne ustanowiły nawet liturgiczne wspomnienie Matki Bożej od Szczęśliwych Powrotów przypadające na 13 października. W 1998 roku powstała również Nowenna do Matki Bożej od Szczęśliwych Powrotów będąca pierwszą oficjalną modlitwą ku jej czci. Polecają się jej opiece ludzie gór, taternicy i turyści wyruszający na szlak.
Po drodze mijałem tych, którzy schodzili, bo weszli od słowackiej strony albo wyszli wcześnie rano ze schroniska nad Morskim Okiem i teraz już po zdobyciu szczytu kierowali się w dół. Radzili, żeby nie iść dalej, bo idzie burza. Łatwo było im mówić, bo sami już byli na szczycie. Niektórzy z wchodzących słuchali ich i wycofywali się, ale nie ja. Przecież strzegła mnie Matka Boża od Szczęśliwych Powrotów, jej się powierzyłem, więc czego miałem się bać?
Mniej więcej od połowy drogi z Czarnego Stawu na szczyt zaczęło już padać na dobre. Po śliskich, mokrych kamieniach i w płaszczu przeciwdeszczowym nie szło się zbyt szybko, zwłaszcza gdy trzeba się było podciągać na mokrych, zimnych łańcuchach, które sprawiały, że ręce kostniały. Mimo to o 12.15 w końcu dotarłem na ten mierzący 2499 m n.p.m., najwyższy szczyt w Polsce. Jednak nie dane mi było podziwianie wspaniałych widoków, bo wszystko przesłaniała mgła. Odmówiłem więc modlitwę Anioł Pański, zrobiłem kilka zdjęć, poprosiłem kogoś, aby mi zrobił i postanowiłem schodzić, zwłaszcza że zaczynało grzmieć. Ci, którzy wchodzili ze mną, schodzili na słowacką stronę, skąd jest łagodne zejście do Strebskiego Plesa, a stamtąd kolejka do Tatrzańskiej Łomnicy i autobusy do Zakopanego. Ja też bym tak zrobił, ale niestety zostawiłem swój plecak z namiotem w schronisku nad Morskim Okiem. Musiałem więc wrócić tą samą drogą, którą przyszedłem, a burza już nadciągnęła.
po chwili wydało mi się, że on nie znajduje się na szlaku, tylko z niego zboczył. Postanowiłem trzymać się czerwonych znaków i iść swoją drogą, licząc, że mnie zauważy i pójdzie w moją stronę. Moje krzyki i tak by nic nie dały, bo dzieliła nas zbyt duża odległość, a poza tym zagłuszyłby je szum spadającej zewsząd wody. Szedłem dalej szlakiem w dół do Czarnego Stawu, a on, gdzieś w bok, w górę, tak że mimo woli wyprzedziłem go, nawet go nie mijając, on został w górze, a ja byłem już na dole.
Nie wiedziałem, co robić: z jednej strony chciałem zejść jak najprędzej do schroniska, bo byłem cały mokry i wyziębiony. Deszcz był tak ulewny, że peleryna dawno mi przemokła i trząsłem się cały z zimna. Z drugiej strony miałem świadomość, że trzeba jakoś pomóc temu gościowi, który pobłądził. Tylko jak? Jeśli bym się cofnął i poszedł w jego stronę, zgubiłbym szlak tak jak on. Zatrzymałem się i spojrzałem w górę, w jego stronę – był daleko, jednak po chwili zaczął do mnie machać ręką. Nareszcie mnie zobaczył. Ja też mu pomachałem i zacząłem mu pokazywać, żeby nie szedł na wprost, gdzie było urwisko, tylko łukiem na lewo, aby dojść do szlaku. Bałem się, że spadnie na moich oczach, bo parę razy poślizgnął się, zjeżdżał na siedzeniu, a potem schodził bardzo wolno i ostrożnie.
W końcu po jakichś 15 minutach dotarł do mnie, trzęsącego się z zimna, ale on trząsł się jeszcze bardziej, jednak mimo to zaczął mi bardzo dziękować, że poczekałem na niego. Opowiadał, jak zgubił szlak i parę metrów od niego uderzył piorun, jak zaczął się gorąco modlić do Maryi, aby go ocaliła, aby zesłała mu jakiegoś anioła, który go wyprowadzi z tej opresji i mówił, że wtedy właśnie ujrzał mnie i pomachał mi, a ja jemu.
Miał na imię Konrad i miał dwadzieścia parę lat, stał tam cały trzęsący się, w ociekającej wodą bluzie.
Zapytałem, czy ma w plecaku jeszcze jakieś rzeczy, okazało się na szczęście, że miał jeszcze kurtkę przeciwdeszczową, której nie założył. Powiedziałem, żeby natychmiast zdjął bluzę, która przesiąknięta wodą ważyła chyba z dziesięć kilogramów i koszulkę i nałożył suchą kurtkę.
Kiedy to zrobił już nie trząsł się tak bardzo i po jakimś czasie odzyskał normalną ciepłotę. Schodziliśmy dalej razem, w końcu skoro uważał mnie za swojego „anioła’”, nie mogłem go opuścić, chociaż sam schodziłbym dwa razy szybciej. Okazało się, że wchodził z rana na Rysy od słowackiej strony ze swoją dziewczyną. Kiedy schodzili, on szedł wolniej, bo ma lęk wysokości i nie ma tak dobrej kondycji jak jego dziewczyna. Kiedy zaczęło padać, rozdzielili się, bo on szedł swoim tempem, a ona, nie chcąc moknąć, szła szybciej i miała na niego poczekać w schronisku. Ostatnio dzwoniła do niego dwie godziny wcześniej ze schroniska, teraz stracił z nią kontakt, bo zamókł mu telefon i nie wie, czy nie zawiadomiła GOPR-u. Pokazałem mu schronisko, które było widać w dali, jednak było do niego jeszcze jakieś 1,5 godziny drogi. Najpierw musieliśmy zejść do Czarnego Stawu, brodząc chwilami po kolana po spływających z góry potokach. Na szczęście burza przeszła, nawet zaczęło się przejaśniać, a gdy doszliśmy do Czarnego Stawu o 15.00, a więc w godzinie miłosierdzia, przestało padać i…
Jednak gdy przechodziliśmy obok kapliczki Matki Bożej od Szczęśliwych Powrotów, powiedziałem Konradowi, żebyśmy do niej wstąpili, aby podziękować jej za nasz szczęśliwy powrót, co też zrobiliśmy. To właśnie dzięki Maryi udaje nam się szczęśliwie powracać do tych, którzy nas kochają, a gdy ich już nie mamy, to zawsze czeka na nas ona, Matka Boża, i przytula nas – teraz i w godzinie śmierci naszej.
Mogą zainteresować Cię też:
Tak,artykuł podobał mi się,bardzo mnie zaciekawił.Wiele lat temu po zamówieniu mszy świętej w jakiejś intencji u Księzy Werbistów dostałam w ramach podziękowań za ofiarę, mała ksiazeczkę.Była to nowenna do Matki Bożej od Szczęśliwych Powrotów.Przypomniałam sobie o niej ,gdy moja córka wyjechała do Szkocji za pracą i była tam już 9 lat.Ja bardzo chciałam ,aby wróciła do kraju.Przypadkiem dowiedziałam się,że 16 sierpnia 2015 roku w niedzielę bedzie transmisja mszy świetej w tvp właśnie przy kapliczce Matki Bożej od Szczęśliwych Powrotów.Podczas tej mszy rozpoczęłam nowennę z tej małej książeczki z prośbą do Matki Bożej o szczęśliwy powrót mojej córki Eweliny z rodziną do kraju.Jakaż była moja radość,gdy dokładnie za rok pózniej 16 sierpnia 2016 roku córka z dziećmi i mężem wrócili do naszego domu na stałe.Wiem ,że to Matka Boża od Szczęśliwych Powrotów pomogła ,za co jestem Jej ogromnie wdzięczna.Anna.