Zanim Jezus wyruszył do Judei, by tam przyjąć chrzest z rąk św. Jana, przeżył z Maryją długie 30 lat, w których tylko pozornie nic się nie działo, ale tak naprawdę wydarzyło się bardzo wiele. Po pierwsze, Jezus uświęcił zwyczajność, tę szarą codzienność, kompletnie wbrew naszym ludzkim wyobrażeniom, które lubią dodawać wszędzie np. aniołów gotujących obiad i wynoszących pełne pieluszki Dzieciątka Jezus, podczas gdy tak naprawdę tam nie było żadnych luksusów, tylko ciężka, codzienna praca i zwyczajne ubóstwo, ale pełne miłości i radości.

Po drugie, Jezus przez cały ten czas uświęcał swoją obecnością Maryję, a także św. Józefa, dopóki ten żył. Również jakoś w tamtym czasie św. Józef umarł – nie wiadomo dlaczego, może miał jakiś wypadek albo zachorował, bo raczej na pewno nie był starcem, wbrew temu, co później wymyślono. Miał najpiękniejszą śmierć z możliwych, bo w objęciach Jezusa i Maryi, i o taką śmierć warto się modlić przez całe życie.
Maryja została wdową. Wdowieństwo musiało być dla Niej ciężkie, tak jak dla każdej kobiety, która wcześniej miała dobrego i kochającego męża, a teraz została sama. Maryja miała jeszcze przy sobie Jezusa, ale On niedługo potem też odszedł, by spełniać swoją misję. Wtedy rzeczywiście w pełni doświadczyła bólu samotności.
Wesele w Kanie
Ale Matka miała znów stanąć u boku Syna w dwóch kardynalnych momentach: początku i końca Jego działalności. Najpierw więc widzimy Ją w Kanie Galilejskiej na jakimś weselu, co opisał św. Jan Ewangelista. Mamy prawo przypuszczać, że było to wesele kogoś z rodziny lub znajomych, bo Kana była niedaleko Nazaretu. Mimo że ich mieszkańcy chyba nie przepadali za sobą nawzajem, to jednak Maryja była na tym weselu, prawdopodobnie po to, by pomagać w jego organizacji. I całkiem możliwe, że m.in. ze względu na Nią właśnie zaproszono też Jej Syna i Jego pierwszych uczniów. Potem następuje ta bardzo głęboka scena, gdzie Maryja, widząc, że skończyło się wino, co nie było może katastrofą na skalę światową, ale na pewno byłoby ogromnie przykre dla nowożeńców i ich rodzin, tak po prostu podeszła do Jezusa i powiedziała: „Wina nie mają”.
Wiedziała, że Jezusowi to wystarczy, bo przecież dobrze Go znała. Dlatego nie nalegała, nie mówiła Mu, co ma zrobić, tylko po prostu przedstawiła sytuację, wierząc, że On coś zrobi. I nie zraziła się nawet Jego odpowiedzią, która tylko pozornie była odmową, a w istocie wyrażała to, że Jezus już widział, że ten znak, jaki zaraz uczyni, będzie zapowiedzią Jego Męki, Jego „Godziny”. Dlatego też nazywa Maryję „Niewiastą”, odwołując się w ten sposób uroczyście do Księgi Rodzaju, tam gdzie jest mowa o Niewieście i Jej Potomku, którzy zmiażdżą głowę węża.
I tu padają te ostatnie słowa Maryi zapisane w Piśmie Świętym, taki jakby Jej testament: „Cokolwiek wam powie, uczyńcie”. I to jest wezwanie skierowane do każdego z nas, bo Maryi zawsze zależy przede wszystkim na tym, żebyśmy spełniali wolę Jej Syna i Jej Boga. Kiedy będziemy spełniać przykazania, a zwłaszcza nowe Przykazanie Miłości, które przyniósł Jezus, wtedy będziemy Jej sprawiać największą radość.
Wesele w Kanie pokazuje jeszcze jedną ważną rzecz, która później jeszcze mocniej wybrzmi na Golgocie, a mianowicie to, że Maryja cały czas jest nierozerwalnie związana z Jezusem i z całym dziełem Odkupienia. Tutaj w Kanie właśnie Jej modlitwa, Jej orędownictwo sprawia, że Jezus dokonuje swojego pierwszego cudu; jakby otwiera drogę Jezusowi. I tak się dzieje przez cały czas życia Kościoła aż do dziś. Maryja, będąc już w Niebie, razem z Jezusem, w ciele uwielbionym, nie przestaje modlić się i wstawiać za nami w naszych potrzebach, które zna lepiej niż my sami. Dlatego warto Ją prosić o pomoc, bo gdzie jest Ona, tam jest Jezus, który chce właśnie poprzez Nią, poprzez jej modlitwę udzielać nam swoich łask, jak o tym pięknie pisał św. Maksymilian Maria Kolbe.
Publiczna działalność Jezusa
Później niewiele jest w Ewangeliach momentów spotkań Matki z Synem. Wiemy, że pewnego razu, na początku działalności Jezusa, wszyscy Jego krewni, widząc tę nagłą zmianę w Jego sposobie życia, uznali, że musiał zwariować, i poszli do Niego, żeby Go jakoś spacyfikować, i nawet wzięli Maryję ze sobą. Musiały Ją bardzo boleć te plotki i może martwiła się o Syna, bo rzeczywiście działał z apostołami tak intensywnie, że nie mieli nawet czasu, aby coś zjeść. To kolejne trudne miejsce w Piśmie Świętym, pokazujące, jak Jezus wychowywał Maryję oraz jak mocna musiała być Ich więź i wzajemne zrozumienie; bo Jezus wykorzystał tę sytuację, by pokazać, że ważniejsze niż więzy krwi są dla Niego więzy ducha.
To mogłoby zaboleć Maryję – gdyby nie fakt, że Ona była z Nim silniej związana właśnie duchem niż ciałem. Nie była dla Niego jakimś „inkubatorem”, ale była i jest rzeczywiście w całym znaczeniu tego słowa Matką. Jest całkowicie z Nim zjednoczona właśnie w słuchaniu Słowa Bożego i wypełnianiu go. Maryja to nie tylko biologiczna krewna Jezusa, ale nade wszystko jest Mu najbliższa duchowo, bo nikt bardziej niż Ona nie spełnił w swoim życiu woli Boga, zawartej w Jego Słowie, co widać już w Zwiastowaniu, w Jej odpowiedzi danej Aniołowi. To też jest wielka pociecha dla nas, bo Maryja może nam pomóc taką głęboką więź z Jezusem nawiązać, może nauczyć nas słuchać Słowa Bożego i Je wypełniać, właśnie dlatego, że stanowi najlepszy przykład i jest najlepszą nauczycielką.
Mamy też fragment, w którym Jezus nauczał w Nazarecie, ale spotkał się z niedowiarstwem swoich dawnych sąsiadów, a nawet z ich wrogością, do tego stopnia, że chcieli Go zabić. Potem odszedł stamtąd i już nigdy nie wrócił – oczywiste jest, że Maryja musiała też wtedy tam być i patrzeć na wszystko. To stanowiło już jakąś zapowiedź miecza, który miał przeszyć Jej Serce później, na Kalwarii.
Nie wiemy, czy Maryja była w gronie kobiet, które szły za Jezusem od Galilei. Wygląda na to, że nie, bo inaczej św. Łukasz raczej by o Niej wspomniał. To by znaczyło, że poza kilkoma momentami, które wymieniłem, przez te trzy lata publicznej działalności Jezusa Maryja trzymała się w cieniu, na uboczu, w dalekim Nazarecie, ciągle cierpliwie znosząc samotność swojego wdowieństwa. Cały czas czekała, aż Pan Bóg da Jej dalsze wskazówki, co ma robić.
Kalwaria
I tak oto nieuchronnie zbliżamy się do kulminacyjnego, a zarazem najbardziej bolesnego momentu w życiu Maryi i Jezusa, czyli do Jego śmierci na Krzyżu. Wiemy na pewno, że Maryja stała pod Krzyżem. Skoro tak, musiała być obecna w Jerozolimie już wcześniej. Pewnie też przyszła tam z pielgrzymką na święto Paschy. Całkiem możliwe, że była świadkiem procesu Jezusa, że widziała Go najpierw ubiczowanego i ukoronowanego cierniem. Jaki straszny to musiał być widok dla Niej, dla Matki! Możliwe, że potem rzeczywiście spotkali się w czasie Drogi Krzyżowej, jak nam to przekazuje tradycja Kościoła.
Nie wiemy i pewnie nawet nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, co musiało się wtedy dziać w duszy Maryi. Jedno wiemy na pewno, że stała pod samym Krzyżem, razem ze św. Janem, który zrelacjonował tamto wydarzenie – tylko on z apostołów uciekł we właściwą stronę, czyli właśnie do Niej. Chyba dzięki temu miał dość odwagi, żeby być z Jezusem aż do końca. Razem z nimi stały tam też kobiety, które przyszły za Jezusem z Galilei, w tym dwie bliskie krewne Maryi, Jej kuzynki albo może nawet rodzone siostry, czyli Maria Kleofasowa i Salome, matka św. Jana Ewangelisty, była też, oczywiście, św. Maria Magdalena, a także Joanna z Galilei.
Wreszcie padają słynne słowa Jezusa z Krzyża, Jego „testament”: „Niewiasto, oto syn Twój. Oto Matka twoja”. W ten sposób ustanawia nową więź między Maryją a każdym i każdą z nas, bo w tym momencie, jak uczy Kościół, św. Jan reprezentował każdego wierzącego i każdą wierzącą. W ten sposób Jezus, umierając, powierzył nas opiece Maryi, a nas zobowiązał do posłuszeństwa wobec Niej na mocy czwartego przykazania.
Potem następują dwie ostatnie stacje Drogi Krzyżowej, czyli zdjęcie Jezusa z Krzyża i złożenie Go do grobu – tutaj też Maryja musiała być obecna. Nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić bólu, jaki wtedy przeżywała, a mimo to najpierw stała pod Krzyżem. Nie zemdlała ani się nie chwiała, ani nie krzyczała z rozpaczy. Później nie przeszkadzała czynnościom pogrzebowym, ale w cichości Serca rozważała wszystko, szukała woli Bożej i jak zawsze chciała ją pełnić, mimo że pewnie nic z tego nie rozumiała – bo zapewne raczej nie znała słów Jezusa, który mówił apostołom, że po tym wszystkim zmartwychwstanie. Miała do dyspozycji tylko słowa Archanioła Gabriela ze Zwiastowania, których nijak nie szło pogodzić z tym zapowiedzianym przez Symeona mieczem przenikającym Jej duszę.
Ale mimo to dalej wierzyła, ufała, kochała i nie poddała się rozpaczy ani buntowi przeciwko Bogu. Mówi się, że cała wiara Kościoła przetrwała wtedy tylko w Jej Sercu, podczas gdy wszyscy inni zwątpili w Jezusa. Dlatego właśnie sobota jest tradycyjnie w Kościele dniem szczególnie poświęconym Maryi, bo w Wielką Sobotę, w tym największym opuszczeniu, w tej najgłębszej nocy ciemnej, jakiej pewnie nawet żaden mistyk nie umie sobie wyobrazić, Maryja dalej wierzyła. Dla mnie osobiście to też jest źródłem wielkiej nadziei, bo skoro Ona dała wtedy radę, to i mnie, i tobie może też pomóc przetrwać wszystkie, nawet najczarniejsze godziny próby.

