Będę kontynuował temat aniołów i ich interwencji w czasie moich pielgrzymek, kiedy nieraz zdarzało mi się poczuć ich działanie. Zwłaszcza, kiedy wydawało się, że znikąd nie może mnie spotkać żadna pomoc.
Jest rok 2006. Znajduję się prawie 3000 tysiące kilometrów od domu, na północnym krańcu świata. Szedłem tutaj dwa miesiące przez Polskę, Litwę, Łotwę, Estonię, skąd przepłynąłem promem z Tallina do Helsinek, by stamtąd iść przez całą Finlandię do Rovaniemi. To ponad 800 kilometrów. Tam przekroczyłem krąg polarny i spotkałem „świętego” Mikołaja. Później szedłem dalej na północ jeszcze ponad 600 kilometrów, przez tereny położone nad wielkim jeziorem Inari i miejscowość o tej samej nazwie. Stamtąd poszedłem na północny zachód do Karigasniemi, gdzie przekroczyłem granicę fińsko-norweską na rzece Tana, by przez Karasjok dojść do Lakselv. Teraz wreszcie szedłem wzdłuż fiordu Porsanger. Do końca drogi, czyli do Przylądka Północnego Nordkapp, który leży na wyspie Magerøya, zostało mi jakieś 100 kilometrów. Wokoło jest pusto, nie ma żadnych osiedli ludzkich. Czasami mijam jakieś pojedyncze domki rybackie, które są zamieszkałe w sezonie. Teraz jest już wrzesień, więc nikogo w nich nie ma. Ruch na drodze prawie zerowy, raz na godzinę zdarzy się jakiś przejeżdżający samochód na lokalnych numerach. Nie ma żadnych szans, by jakoś wrócić do domu. Sam nie wiem, co mnie tutaj spotka.
Kiedy szedłem, całą drogę myślałem, jak wrócę. Miałem nadzieję, że będzie tu dużo turystów z kamperami i zabiorę się z którymś z nich. Jednak teraz sezon się skończył i nie widać już samochodów na obcych rejestracjach. Tydzień wcześniej spotkałem młodych Włochów, trzech chłopaków i dziewczynę, którzy jechali busem. Zatrzymali się na mój widok, proponując, że zabiorą mnie ze sobą. Akurat wracali z Nordkappu do Włoch, przez Polskę. Pytali, czy w Polsce jest dużo faszystów, bo naoglądali się wiadomości, że odradza się u nas faszyzm, i zastanawiali się, czy ominąć nasz kraj, bo może być niebezpiecznie. Uspokoiłem ich, że na pewno jest u nas mniej faszystów niż w Italii. Był to czas, kiedy za faszystę uznawany był Roman Giertych, wtedy minister oświaty. W pierwszej chwili pomyślałem, żeby z nimi pojechać i już za kilka dni znaleźć się w ciepłym domu, najeść się wreszcie porządnie, wykąpać w wannie i wyspać w swoim miękkim łóżku, zamiast tułać się na krańcu świata, ryzykując, że spotka mnie tu najgorsze. Jednak oddaliłem tę pokusę, pożegnałem się z nimi, życząc dobrej drogi i poszedłem dalej.
Samotność
Miałem za sobą kilka dni marszu w strugach deszczu i kilka noclegów w mokrym namiocie, i w dziwnych miejscach. Kończyły się pieniądze na jedzenie i nie było sklepów, żeby je kupić. Samotność dokuczała coraz bardziej, a towarzyszyły mi tylko renifery, które co jakiś czas wychodziły na drogę. Teraz zacząłem żałować, że nie pojechałem z nimi. Pomyślałem, że może byli jakimś kołem ratunkowym rzuconym mi przez Pana Boga, a ja tego nie wykorzystałem. Uległem ambicjom, chcąc dojść na miejsce tak, jak to sobie zaplanowałem. Jednak później przyszła nadzieja, że może On mi jeszcze pomoże i znów ześle swoje anioły. Przecież to na Jego chwałę tutaj szedłem, mimo wszystko, mimo cierpienia, bólu stóp, kręgosłupa, zmęczenia, głodu, chłodu, braku snu, samotności i zwątpienia. Gdybym to robił dla siebie, już dawno bym zawrócił. To On dodawał mi sił, żebym szedł naprzód. Teraz modliłem się, aby zesłał mi swojego anioła, kogoś, kto zawiezie mnie do domu. Nic nie wskazywało, że moje modlitwy zostaną wysłuchane, bo nic już tutaj nie jeździło.
Sezon był w czerwcu i lipcu, kiedy były białe noce i pogoda. Teraz na szczęście nie padało, ale i tak nic nie jeździło pustą drogą wiodącą wzdłuż fiordu Porsanger, nad brzegiem Morza Barentsa. Jednak w pewnej chwili, gdy akurat się modlę, myślę, że śnię, bo nagle wyprzedza mnie terenowy Land Rover na polskich, w dodatku poznańskich, numerach. Zatrzymałem się osłupiały i macham za nim, chcąc dać znać kierowcy, żeby się zatrzymał, jednak po chwili samochód jest już daleko, a ja stoję na środku drogi, żałując, że nie mam skrzydeł, by go dogonić i w jakiś sposób dać znać, aby mnie zabrał. Jednak skrzydła ma mój Anioł Stróż, więc wpadłem na szalony pomysł. Postanowiłem wysłać Go za Aniołem Stróżem człowieka, który mnie minął, by załatwił z Nim, żeby mnie zabrał do domu. Usilnie modliłem się, aby się udało. Szedłem jeszcze kilka godzin, nim zrobiło się ciemno.
Rozbijam namiot nad brzegiem morza i idę spać, wcześniej jedząc to, co mi jeszcze pozostało, i obserwując dużą wydrę schodzącą po skałach do wody. Dziękuję Bogu za wszystko, co mi dał tego dnia, a zwłaszcza za nadzieję, którą wlał w moje serce. Jednak rano znowu popadam w zwątpienie. Gdy dochodzę do miejsca, z którego miał odpływać prom na wyspę Magerøya, gdzie znajduje się Nordkapp, widzę, że nic stąd nie pływa, a port wygląda na od dawna nieczynny. Najgorsze, że nie ma nawet kogo spytać, co się stało, ani żadnej tablicy informacyjnej. Czy cały mój trud miałby iść na marne? Miałbym nie dostać się do celu, będąc już tak blisko? Jednak widzę, że droga, która na mojej mapie tutaj się kończy, w rzeczywistości prowadzi gdzieś dalej, więc nią idę i po jakimś czasie widzę tablicę z napisem tunel Nordkapp.
Tunel
Okazuje się, że promy już nie kursują, bo droga prowadzi do tunelu, który wykopano pod wodą, aby można było tam dojechać, zamiast przepływać. Mijam tablicę informującą, że tunel ma 6870 metrów długości i jest położony 212 metrów pod wodą. Przy wjeździe do tunelu słychać dziwne, nieprzyjemne piszczenie. To sygnał, który ma odstraszać zwierzęta, głównie renifery, przed wejściem do niego, aby uniknąć wypadków. Mnie też trochę odstrasza, ale nie aż tak, żebym zawrócił. Bardziej przeraża mnie perspektywa przejścia prawie siedmiu kilometrów w podwodnym tunelu. Do tej pory przechodziłem tunelami drążonymi w skałach na powierzchni i nie były aż takie długie. Miały zwykle najwyżej kilometr, ale nie siedem. Jednak w imię Boże idę przed siebie.

