W 1976 roku przeprowadziłem się do Lubonia koło Poznania. Miałem wtedy 4 lata i chodziłem do przedszkola, które mieściło się przy kościele Świętego Jana Bosko. Często bawiłem się tam na przedszkolnym placu zabaw, który był oddzielony od terenu kościoła płotem. Zaledwie kilkadziesiąt metrów od piaskownic i dziecięcych huśtawek, pod kościelnym murem, znajdował się grób z krótkim napisem na nagrobku: „Tu spoczywa proboszcz ks. St. Streich. Zastrzelony w kościele 27 II 1938. Ku pamięci – Parafianie”. Leżał w nim mimo gwaru dziecięcych zabaw dochodzących z przedszkolnego placu zabaw. Ten dziecięcy zgiełk towarzyszył mu w chwili konania, jednak nie był to gwar pełen radości, lecz pełen przerażenia. Jego śmierć wstrząsnęła całą przedwojenną Polską, jednak po II wojnie światowej miała zostać skazana na zapomnienie, gdyż była niewygodna dla rządzących.
Codziennie byłem odprowadzany do przedszkola przez któregoś z rodziców. Gdy mieliśmy czas, zachodziliśmy do kościoła, aby się pomodlić. Moją uwagę przykuwał grób znajdujący się pod nim. Rodzice mówili mi, że jest tam pochowany ksiądz, który został zastrzelony. Zastrzelenie kojarzyło mi się z wojną i filmami wojennymi, które w latach siedemdziesiątych można było obejrzeć w telewizji, takimi jak „Stawka większa niż życie” czy „Czterej pancerni i pies”. To one kształtowały moją dziecięcą wyobraźnię – i chyba wyobraźnię nas wszystkich. Dlatego w zbiorowej świadomości tkwiło przeświadczenie, że jeśli ktoś został zastrzelony, to tylko przez złych Niemców. Tak było również w tym przypadku – ludzie raczej nie mówili głośno o tej sprawie, a napis na grobie nie informował o szczegółach, więc większość myślała, że został zabity przez Niemców w czasie wojny. Starzy mieszkańcy wiedzieli, ale raczej nie mówili o tym głośno, bo miasto miało opinię „czerwonego Lubonia”, może właśnie przez to wydarzenie, i wiadomo było, że mieszkało tu kiedyś dużo komunistów, którzy wywodzili się z rodzin robotników pracujących w pobliskich fabrykach. W czasach komuny ludźmi rządził strach i nie wiadomo było, z kim ma się do czynienia, więc lepiej było siedzieć cicho.
O wszystkim dowiedziałem się od koleżanki ze szkolnej ławki mojej babci, którą spotkała przypadkowo po 50 latach. Pani Agnieszka przeprowadziła się do Lubonia jeszcze przed II wojną światową i mieszkała tu, kiedy to się wydarzyło. Jej córka, mająca wówczas 10 lat, 27 lutego 1938 roku była akurat w kościele na niedzielnej, dziecięcej mszy świętej o godzinie 10:00. Przybiegła do domu cała roztrzęsiona z płaczem, krzycząc, że ktoś zastrzelił księdza. Nie mieściło się w głowie, że coś takiego mogło się wydarzyć. Do dzisiaj jest to niepojęte, jak można w trakcie mszy świętej, na której jest pełno niewinnych dzieci, zabić z zimną krwią człowieka, kapłana, który ją sprawuje. Dzięki temu, że moja babcia spotkała po latach swoją koleżankę, dowiedziałem się o tym, ale wielu mieszkańców Lubonia do dzisiaj prawdopodobnie o tym nie wie, żyjąc innymi sprawami z dala od Kościoła. Większość z nich nawet nie jest świadoma, że mieszkają w mieście, w którym znajduje się grób błogosławionego.
Życie
Ksiądz Stanisław Streich urodził się w 1902 roku w Bydgoszczy. Po maturze, czując powołanie do kapłaństwa, podjął naukę w Arcybiskupim Seminarium Duchownym w Poznaniu, które ukończył, przyjmując święcenia kapłańskie 6 czerwca 1925 roku. W latach 1925–1927 był kapelanem sióstr elżbietanek, a także uczył religii w Poznańskiej Szkole Handlowej. W 1927 roku był wikariuszem w parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Poznaniu, a następnie w 1928 roku nauczał religii w męskim seminarium nauczycielskim w Koźminie. Od 1929 roku objął wikariat w parafii Bożego Ciała w Poznaniu, a następnie od początku 1932 roku w kościele pod wezwaniem św. Marcina.
1 lipca 1933 roku został proboszczem w Żabikowie, które wtedy nie było częścią Lubonia, lecz stanowiło oddzielną miejscowość. Od razu podjął starania o wybudowanie w Luboniu świątyni, której dotychczas nie było. Dwa lata później stanął kościół, a z parafii pw. św. Barbary w Żabikowie została wyodrębniona parafia św. Jana Bosko, której pierwszym proboszczem został 1 października 1935 roku ks. Stanisław Streich. Dał się poznać jako dobry organizator życia parafialnego, pomagał bezrobotnym i biednym, posiadał także dar wyjątkowego podejścia do każdej osoby. Wszystko to sprzyjało rozwojowi nowej parafii i życia duchowego mieszkańców. Jednak nie wszystkim to się podobało. Nieznani sprawcy włamali się do kościoła i uszkodzili tabernakulum, później napadli na stróża pilnującego przybytku, a także obrzucili księdza Streicha kamieniami. Byli to prawdopodobnie miejscowi komuniści, których wielu było wśród robotników pracujących w pobliskich fabrykach. Jednym z nich był Wawrzyniec Nowak, który 20 lutego 1938 roku miał podejść do konfesjonału i bez przyklęknięcia ani przeżegnania powiedzieć do spowiadającego księdza Streicha coś, co prawdopodobnie było groźbą i zapowiedzią jego śmierci.
Zamach
27 lutego 1938 roku o godzinie 9:30 ksiądz Stanisław zasiadł w konfesjonale, aby wysłuchać spowiedzi przed mszą o godzinie 10:00. W tym czasie Wawrzyniec Nowak, podobno po nocy spędzonej na grze w karty i pijatyce, wyruszył w kierunku kościoła, zabierając ze sobą pistolet. Punktualnie o 10:00 rozpoczęła się dziecięca msza święta. Po części liturgii ksiądz udał się od ołtarza w kierunku ambony, by przeczytać Ewangelię i wygłosić kazanie. Gdy przechodził wśród zgromadzonych dzieci, nagle drogę zastąpił mu zamachowiec, strzelając mu prosto w twarz i w ewangeliarz, który niósł, a następnie, gdy kapłan się przewrócił, strzelił mu jeszcze dwa razy w plecy. W kościele wybuchła panika, dzieci zaczęły krzyczeć i płakać. Padły jeszcze kolejne strzały, kule ugodziły kościelnego, Franciszka Krawczyńskiego, który próbował zatrzymać zamachowca, a od rykoszetów ucierpiało jeszcze dwoje dzieci. Nowak miał krzyknąć: „Niech żyje komunizm! Zrobiłem to dla was! Wynoście się z kościoła!”, nim został zatrzymany przez trzech parafian. Wzburzony tłum omal go nie zlinczował, gdy był prowadzony na pobliski dworzec. Następnie specjalnym pociągiem został przewieziony do Poznania, gdzie trafił do aresztu.





Kara?
W czasie procesu nie wyraził skruchy. Za zabójstwo księdza 47-letni Wawrzyniec Nowak został skazany na karę śmierci przez Sąd Okręgowy w Poznaniu. Napisał jeszcze list do matki księdza, w którym pisał, że zrobił to dla dobra ludzkości. Oficjalnie wyrok śmieci przez powieszenie wykonano 28 stycznia 1939 roku i choć ciało poddano sekcji i podobno pochowano w nieoznaczonej mogile na cmentarzu przy ulicy Samotnej na poznańskim Świerczewie, są jednak wątpliwości, czy to rzeczywiście był on. Jego ciało miało być zastąpione ciałem jakiegoś samobójcy, a jego samego rzekomo wymieniono na paru księży więzionych w sowieckich łagrach. Podobno był on sowieckim agentem, którym został, gdy trafił do bolszewickiej armii, a później po wojnie w 1920 roku działał na terenie Polski, dlatego Sowieci chcieli go wymienić. Miał o tym świadczyć również fakt, że pod koniec wojny był widziany przez jednego z mieszkańców Lubonia, Józefa Banaszkiewicza, który mieszkał blisko Nowaka i znał go dobrze. Kiedy Banaszkiewicz leżał ranny w szpitalu, miał podejść do niego sowiecki żołnierz i spytać, czy go poznaje, po czym powiedzieć, że jest wart dwóch księży i że jest lejtnantem Nowakiem. Również ówczesny kapelan więzienny z Młyńskiej, ksiądz kanonik Zbigniew Spachacz, słyszał od pracowników służby więziennej, że Nowak wywinął się od kary śmierci. Gdy po wojnie nastała nowa władza, nie wiadomo, czy Nowak nie zaczął „kształcić” swoich następców, którzy później walczyli z Kościołem i być może przyczynili się do śmierci błogosławionego księdza Popiełuszki i innych księży.

