Na łamach „Królowej Różańca Świętego” w każdym numerze możecie przeczytać świadectwa ludzi, którzy dzięki modlitwie różańcowej (taką jest nowenna pompejańska) otrzymali od Maryi (a dokładniej od Boga przez wstawiennictwo Maryi) niezwykłe łaski w swoim życiu. Jednakże na przestrzeni wieków dzięki odmawianiu różańca zdarzały się również historie, które na trwałe zachowały się w świadomości całego chrześcijańskiego świata. Dziś właśnie o takich wydarzeniach chcemy Wam opowiedzieć.
Bitwa pod Lepanto
Wiele niezwykłych wydarzeń historycznych, które opisujemy jako cuda różańcowe, miało miejsce w czasie wojen i walk. Często zdarzało się, że wojskom jakiegoś chrześcijańskiego kraju stawały naprzeciw armie całkowicie obce kulturowo. Chciały one nie tylko podbić i zagarnąć terytoria danego państwa, ale też wnieść własne, wrogie wierzenia religijne.
Tak było między innymi w roku 1571, kiedy rozegrała się wielka bitwa pod Lepanto – miastem w środkowej Grecji, obecnie nazwanym Nafpaktos. Starły się wówczas wojska muzułmańskiego Imperium Osmańskiego (tureckiego) z wojskami krajów katolickich, tworzących tak zwaną Ligę Świętą. Według przekazów ówczesny sułtan turecki Selim II chciał uczynić z siebie pana całej ziemi, a Bazylikę Świętego Piotra w Rzymie zamienić w stajnię dla koni.
Papież Pius V, który zdawał sobie sprawę z wielkiego niebezpieczeństwa, także z tego powodu, że wojska nieprzyjaciela były nieporównanie bardziej liczne i lepiej uzbrojone, wezwał uroczyście do odmawiania modlitwy różańcowej na wszystkich statkach chrześcijańskich. Kapłani na pokładach okrętów odprawiali msze święte i spowiadali. Papież zarządził też modły we wszystkich klasztorach. Na jego wezwanie odpowiedziały również polskie zakony i polscy wierni.

„Według zachowanych relacji, na widok groźnie wyglądających okrętów tureckich, Juan de Austria (dowodzący wojskami chrześcijan) przesiadł się na najszybszą brygantynę i popłynął nią wzdłuż swoich okrętów. Nad głową, w ręku trzymał żelazny krzyż. Na flagowym okręcie wciągnięto banderę z ukrzyżowanym Chrystusem. Ten widok zagrzał do walki wszystkich chrześcijańskich żołnierzy”*.
Według przekazów papież miał niezwykłą wizję Matki Bożej, która wojska chrześcijańskie okrywała swoim płaszczem. Za prawdziwą pomoc Bożą uznano między innymi wiatr sprzyjający wojskom chrześcijańskim. Trzeba bowiem pamiętać, że w tamtych czasach okręty poruszały się siłą wiatru w żaglach i dzięki pracy wiosłujących ludzi. Dowódca floty tureckiej Ali Pasza już na samym początku walk został zabity.
Bitwa trwała cały dzień. Do dziś jest uznawana za jedną z największych w dziejach świata. Zginęło wówczas 40 tysięcy ludzi. „Zwycięstwo pod Lepanto było ogromne. Zatopiono pięćdziesiąt galer wroga, zdobyto połowę okrętów tureckich, uwolniono dwanaście tysięcy chrześcijańskich galerników”.**
Zwycięstwo wojsk chrześcijańskich przypisuje się pomocy Maryi, na której cześć właśnie 7 października ustanowiono świętem Matki Bożej Różańcowej.
Bitwa pod Wiedniem w 1683 roku
Kolejna wielka bitwa chrześcijan z muzułmańskimi Turkami znana jako odsiecz wiedeńska miała miejsce w XVII stuleciu. Największym jej bohaterem (spośród ludzi żyjących na ziemi) stał się polski król Jan III Sobieski. Do tej pory wydarzenie to znane jest jako jeden z wielkich cudów różańcowych.
Spowiednikiem i powiernikiem króla Jana był znany zakonnik, święty Stanisław Papczyński, założyciel zgromadzenia marianów. W intencji zwycięstwa nad islamską nawałą modlił się on gorąco pod figurą Najświętszej Maryi Panny.
Wojska wezyra Kara Mustafy zbliżały się do Wiednia. Cesarz austriacki Leopold I wysłał list z prośbą o pomoc do wielu monarchów europejskich. Podobne prośby słał też papież Innocenty XI. Polski skarbiec świecił niestety pustkami, a niedawne wojny, jakie przetoczyły się przez Rzeczpospolitą, przyniosły śmierć naszym licznym, dzielnym wojownikom. Mimo to właśnie król Sobieski pospieszył na ratunek.

Wspomniany wyżej ojciec Papczyński podzielił się z władcą niezwykłą wieścią, że miał w czasie modlitw widzenie najświętszej Maryi Panny, która zapewniała o zwycięstwie. Mało kto wie, że słynny król Jan II Sobieski był gorliwym członkiem bractwa różańcowego. „Każdej soboty pościł o chlebie i wodzie i żadnej poważnej pracy nie rozpoczynał bez modlitwy. Gdy przygotowywał się do wojennych wypraw, będąc już królem, nie wyruszał na nie bez udziału w specjalnej, błagalnej procesji”.***
Sobieski w drodze pod Wiedeń zatrzymywał się na modlitwę w wielu różnych sanktuariach maryjnych. Między innymi na Jasnej Górze i w Piekarach Śląskich. W Krakowie odbył pielgrzymkę aż do siedmiu kościołów. Dołączył do wojska 15 sierpnia, w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.
Na czas walki ludność w Polsce wypełniła kościoły. Poszczono o chlebie i wodzie, modlono się cały dzień. W czasie walk z katedry wawelskiej do kościoła Mariackiego w Krakowie wyruszyła procesja nazwana „pochodem wojska duchowego”. Niesiony był Najświętszy Sakrament, obraz Matki Bożej Różańcowej Zwycięskiej z kościoła Ojców Dominikanów, przez całą drogę odmawiano różaniec, a przy specjalnie ustawionych ołtarzach słuchano pobożnych kazań.
Król 12 września uczestniczył w aż trzech mszach i leżąc krzyżem, oddał się z całym wojskiem pod opiekę Matki Najświętszej. Ruszył do walki, śpiewając Bogurodzicę. Tego dnia zginęło 25 tysięcy żołnierzy wojsk tureckich, a polskich jeden tysiąc. Jednakże król nie przypisał tego zwycięstwa sobie, stwierdzając: „Przybyłem, zobaczyłem, a Bóg zwyciężył”.
Ocaleni po wybuchu bomby atomowej w Hiroszimie
Wybuch bomby atomowej w Hiroszimie 6 sierpnia 1945 roku był jednym z najstraszliwszych wydarzeń w historii świata. W jednej chwili uległo zniszczeniu 13 kilometrów kwadratowych wielkiego miasta, zginęło 90 tysięcy ludzi. Na jeszcze znacznie większym obszarze radioaktywny pył niósł zagrożenie dla wszystkich. W ciągu kilku lat z powodu ran, poparzeń i choroby popromiennej zmarło kolejne ćwierć miliona osób.
Niecałe półtora kilometra od miejsca, gdzie spadła straszna bomba atomowa, stał dom misjonarzy jezuitów. Według wszelkich zasad fizyki nie miał żadnych szans, żeby ocaleć z tego strasznego piekła na ziemi. A jednak ocalał.
Badający później to zdarzenie fizycy z Departamentu Obrony USA stwierdzili, że „siedziba jezuitów powinna być ponad wszelką wątpliwość zniszczona. W takich warunkach nie jest możliwe, aby ktokolwiek przeżył. Nikt w takiej odległości nie powinien zostać przy życiu. Ojciec Hubert Schiffer, niemiecki jezuita, rankiem 6 sierpnia 1945 roku po odprawieniu mszy udał się do zakonnego refektarza na śniadanie. Tak potem opisał tę chwilę:
„Kiedy zanurzyłem łyżeczkę w świeżej połówce grejpfruta, coś nagle błysnęło. Początkowo pomyślałem, że pewnie eksplodował tankowiec w porcie. W końcu Hiroszima była głównym portem, w którym japońskie łodzie podwodne uzupełniały paliwo. Potem nagle potężna eksplozja wstrząsnęła powietrzem. Niewidzialna siła uniosła mnie w górę, wstrząsała mną, rzucała, wirowała niczym liściem podczas jesiennej zawieruchy. Upadłem na ziemię, otworzyłem oczy i zobaczyłem, że wokół naszego domu jest pustka, nie ma nic. Wszystko legło w gruzach. Tymczasem ja miałem zaledwie jakieś niewielkie zadrapania. Ze swoich cel wyszli cali i o własnych siłach zszokowani zakonnicy. Po wyjściu z domu zobaczyliśmy na ganku siedzącego kota. Obok naszego domu nietknięty pozostał też zakonny ogródek z pomidorami i innymi warzywami oraz krzaki winogron. Nic nie zostało zniszczone. Z dachu nie spadła ani jedna dachówka. Nawet trawa wokół była taka sama”.



Ojciec Schiffer przewrócił się i doznał poważnego urazu głowy. Ojciec przełożony został trafiony licznymi odłamkami w plecy i dolne kończyny, co spowodowało mocne krwawienie. Wszystkie przedmioty w pokojach zostały porozrzucane, jednak drewniana konstrukcja budynku pozostała nienaruszona!
W chwili wybuchu w klasztorze przebywały cztery osoby: przełożony, Francuz, ojciec Hugo Enomiya-Lassalle, Polak, ojciec Hubert Cieślik, oraz dwóch Niemców: Hubert Schiffer i Wilhelm Kleinsorge. Z 14 duchownych i świeckich zginął jeden, Japończyk. Tymczasem w promieniu kilometra od wybuchu zginęło ponad 85% ludzi.
Natychmiast po tych wydarzeniach ojcowie postanowili pomagać poszkodowanym. Nie dotknęła ich ani choroba popromienna, ani inne dolegliwości spowodowane wybuchem. Tuż obok miejsca wybuchu, w jednej z dzielnic Hiroszimy stał drugi jezuicki dom. Tam także udało się uniknąć większych zniszczeń.
Różni badacze (w tym również instytucje kościelne) dociekali przyczyn ocalenia zakonników. Na wiele pytań ocaleni mieszkańcy obu klasztorów mieli odpowiedź – wzięli sobie na poważnie do serca przesłanie Matki Bożej z Fatimy, aby codziennie odmawiać różaniec. W 1951 roku na wystąpieniu w Nowym Orlenie ksiądz Shiffer powiedział: „Nie nazwałbym tego dokładnie cudem, ale myślę, że znajdowaliśmy się pod szczególną opieką Boga”.
- * „Historia. Do Rzeczy”, „Bitwa pod Lepanto i Święto Matki Bożej Różańcowej. Co mają wspólnego?”
- ** „Zdrowaśka”, „Opowieść o św. Piusie V i bitwie pod Lepanto”
- *** Opoka, „Cud pod Wiedniem 1683”
- **** „Nasz Dziennik”, „Różańcowy cud w Hiroszimie”
- ***** Parafia Szydłowiec, „Największy cud Matki Łaskawej. Cud nad Wisłą 1920 r.”

