Pan Bóg nie chce szablonów. Ks. Krzysztof Freitag

O duchowości pallotyńskiej i powołaniu do życia duchowego rozmawia z nami ks. Krzysztof Freitag.

Jak to jest z powołaniem do życia duchowego? Czy to tak, że ktoś się budzi pewnego dnia i myśli: „Eureka, mam powołanie, idę do zakonu”, czy też coś powoli się rodzi, dojrzewa? A może jest to jeszcze inaczej?

Sądzę, że kiedy używamy słowa „powołanie”, to wszystkim się to kojarzy z pójściem na księdza, zakonnicę albo na brata zakonnego. Ale ja myślę, że słowo „powołanie” może się odnosić do każdego człowieka. Każdy człowiek ma swoją drogę, swoją ścieżkę życia, w którą chce się zaangażować i to jest jego powołanie. Cała trudność polega na tym, aby odkryć, co jest tą moją drogą, w której bym się spełnił, w której byłbym szczęśliwy, w której całkiem rozwinąłbym skrzydła, w której Pan Bóg by mnie widział najlepiej. Oczywiście Pan Bóg daje mi pewną wolność w wyborze tej drogi, ale też daje mi pewne wskazówki, gdzie najbardziej bym się rozwinął, gdzie najlepiej On by mnie widział. Jeżeli chodzi o powołanie w Kościele, to myślę, że to nie jest kwestia jakiegoś objawienia – rano wstaję, a obok stoi anioł i mówi: „Hej, idziesz do seminarium, a jak nie to koniec świata”, tylko kwestia dłuższego czasu rozeznawania, czyli patrzenia w siebie, w swoje serce. Czego chcę, co mnie interesuje, pociąga, w czym chciałbym być, czemu chciałbym życie poświęcić…

Jak to wyglądało u księdza?

Nie było to tak, że z dnia na dzień postanowiłem, że chcę być księdzem. Ale kiedy się nawróciłem w czasach liceum i coraz częściej byłem w kościele, to tak z dnia na dzień coraz bardziej odkrywałem, że po prostu dobrze mi jest przy Jezusie i dobrze mi jest w Kościele. Gdzieś tam dojrzewała we mnie decyzja, że chcę być księdzem. Wtedy to było takie bardzo emocjonalne z mojej strony, tak po prostu czułem. Tak też się mówi, że powołanie się czuje. Ja czułem, że to jest coś, co ja chcę robić, to jest coś, co mnie interesuje, co mi się podoba. To świat, który jest dla mnie. No i w końcu decyzję podjąłem, ale ona we mnie dojrzewała. Przełomowy „moment” trwał może ze dwa lata…


To był więc proces…

Tak, to był proces. Oczywiście inni mogą z dnia na dzień wyjechać na przykład na misję do Afryki jako ksiądz. Pewnie też tak Pan Bóg działa. Osobiście jednak stawiam na drogę dłuższego rozeznawania i patrzenia w siebie, w swoje serce. A potem, właściwie, dalej to samo. Patrzenie w swoje serce, czy to, co wybrałem, to jest to, czego się chce. Chyba nie ma reguły. Pan Bóg potrafi też działać ad hoc, od razu.

Może są ludzie, którzy potrzebują takiego uderzenia?

Tak jak święty Paweł, w jednej chwili. Pan Bóg musi walnąć w łeb, bo inaczej nie wyjdzie.

Dobrze powiedziane. Ale jak to jest, gdy jest już decyzja, to co się wtedy robi? Wybiera zgromadzenie? Jakie zachodzą decyzje ludzkie, no i jak tym kieruje Bóg?

Myślę, że są tu dwie płaszczyzny. Jedna to rzeczywiście ta, w której Pan Bóg mówi. Jeśli człowiek się modli i ma czas na wyciszenie, to Pan Bóg gdzieś tam daje wskazówki. To się po prostu czuje, to się wie, to się słyszy w sercu. A w takim ludzkim rozumieniu to dzisiaj wystarczy wejść w wyszukiwarkę, wstukać „zakony” i poczytać, jaką dane zgromadzenie czy diecezja ma ofertę. Każdy zakon ma swój charyzmat, czyli taki profil działania, określoną działkę w Kościele i też mogę się w nim odnaleźć. W moim przypadku to było tak, że chciałem być księdzem diecezjalnym, tzw. „prywaciarzem”. Dzisiaj Bogu dziękuję, że nie wyszło.

Dlaczego?

Bo bym się nie odnalazł jednak w tym. Po maturze chciałem pójść do diecezji, byłem na rozmowie i odmówiono mi ze względu na moją chorobę – łamliwość kości. Powiedziano mi, że to nie jest miejsce dla mnie. Zaraz po tej rozmowie był mój moment ponadnaturalny, tak to dzisiaj widzę. Otóż zaraz po wyjściu z seminarium wpadłem na pewnego księdza, przyjaciela mojego przyjaciela, który wtedy ze mną pojechał. Ksiądz ten, jak się okazało, był pallotynem. Działał wtedy w duszpasterstwie powołań, w tym samym miejscu, co ja teraz.

Przypadek? Nie sądzę.

No właśnie. Z perspektywy kogoś niewierzącego to mógł być totalny przypadek, ale nie dla mnie. Dał mi ulotki o pallotynach, powiedział: „Spróbuj do nas”, a ja sobie pomyślałem: „Dobra”. Myślałem jeszcze o franciszkanach, ale spadli z góry pallotyni. Nie wiedziałem, kim są, co robią, jak robią i poszedłem w ciemno. To był taki element realizacji mojego powołania, totalnie na spontana, bym powiedział. Nieprzemyślana decyzja, choć bardziej myślałem, że to jest znak Boży. Teraz, po latach, widzę, że charyzmat pallotyński to jest coś, w co się najbardziej wpasowałem, w czym jest mi dobrze.

Czym się charakteryzuje charyzmat pallotyński?

To jest dobre pytanie. My się tak śmiejemy w naszym środowisku, że naprawdę trudno powiedzieć. Pallotyni robią wszystko co możliwe. Wszystkie możliwe działki w kościele w jakiś sposób obstawiamy, jesteśmy obecni od drukarni po misje… Pójście drogą powołania w charyzmacie Pallottiego jest taką drogą, w której chodzi po prostu o szczęście. I to nie jest tak, że kiedy wstąpię do zakonu, to będę od razu i zawsze hiperszczęśliwy. Czasem jest bardzo ciężko. Rzecz w tym, żeby zobaczyć, że Pan Bóg każdemu daje powołanie dlatego, bo chce żeby jego człowiek był szczęśliwy. I można dzisiaj pomimo trudności i braków być szczęśliwym jako ksiądz, siostra zakonna czy brat, jako każdy. Chodzi o to, żeby się nie bać, żeby wyjść z tego lęku i nie dać wmówić swoim słabościom, grzechom, przeszłości, że one mnie definiują na zawsze. Że jeśli mam to czy tamto, to już jestem przekreślony. Mogę być księdzem nawet jak mam ciężką historię życia, jeśli sobie z czymś nie radzę. I to jest przygoda. W naszym zakonie jest tylu oryginałów, że szablonu nie ma.

Lecz wszystko się zaczęło od Pallottiego?

Tak. To jest ten główny święty, od którego pochodzi nasz charyzmat. Miał on mnóstwo idei, ale ta szczególna dotyczyła współpracy ze świeckimi i angażowania ich do pracy w kościele. My, jako pallotyni, staramy się pa­trzeć na siebie jako na kogoś, kto jest na tym samym poziomie co ktoś, kto nie ma święceń, kto nie jest w zakonie i wiemy, że razem możemy robić dobre rzeczy. Razem działamy, jak mówił Pallotti, dla nieskończonej chwały Bożej. On miał takiego pozytywnego fioła na tym punkcie, żeby angażować wszystkich, wszystkie możliwe stany, wszystkie zawody. Jeśli ktoś jest lekarzem, księdzem czy biskupem, to fajnie, ale wszyscy jesteśmy równi i mamy robić jedno: żyć Ewangelią i ją głosić. I to jest chyba coś, co jest dla mnie takie fascynujące w tym charyzmacie. Że jest wielka współpraca ze wszystkimi. Że jako pallotyn nie czuję się kimś, kto jest ponad ludźmi, jak to czasem w naszym klerykalnym świecie bywa, ale czuję się kimś, kto jest z ludźmi i między ludźmi. Pewnie każdy inny zakon też mógłby to powiedzieć, ale u nas jest to szczególnie widoczne. Pallotti miał takie hasło, że należy rozkrzewiać wiarę i zapalać miłość między ludźmi. Staramy się sami pracować nad swoją wiarą i miłością, a potem to zapalać w innych. Pallotti, który żył w Rzymie na przełomie XVIII i XIX wieku, był na początku księdzem diecezjalnym. Robił właściwie wszystko, cały Rzym go znał. Od rana do nocy biegał wte i wewte, a w nocy się modlił. Pomagał ubogim na ulicy, był spowiednikiem papieży, organizował wielką działalność charytatywną, wykładał w seminarium, prowadził rekolekcje, kształcił… Nie wiem, jak to robił, ale chyba na tym polega świętość. My staramy się robić to samo. Co mi się podoba, to to, że nie ma takiego ogranicznika, że pracujemy np. tylko z ubogimi. Dzięki temu można się odnaleźć w tym charyzmacie i rozwinąć swoje naturalne zdolności. I to jest dobre, że będąc w naszym zakonie, można rozwijać swoje własne pasje, predyspozycje i talenty. Chociaż właściwie nie jesteśmy zakonem, a stowarzyszeniem życia apostolskiego.

Wincenty PallottiJaka jest w tym różnica?

Mówiąc tak najprościej, stowarzyszenie to jest coś pośredniego pomiędzy diecezją a zakonem. Nie mamy ślubów zakonnych, tak jak np. dominikanie czy franciszkanie, mamy tzw. przyrzeczenia. Pallotti widział w przyrzeczeniach obietnicę składaną wspólnocie, że w niej chcę żyć, pracować i się uświęcać. To daje także większą wolność i swobodę. Do zakonu jesteśmy podobni w tym sensie, że żyjemy razem, we wspólnotach. Mamy też swoje prawo wewnętrzne, prawo stowarzyszenia. Staramy się żyć według przyrzeczeń, czyli tych naszych ślubów. Myślę, że jesteśmy takim łącznikiem pomiędzy życiem diecezjalnym a zakonnym. Pan Bóg też nie chce szablonów, Pan Bóg chce oryginały. Błogosławiony Carlo Acutis powiedział, że rodzimy się jako oryginały, a umieramy jako kopie. Tu chodzi o to, że mamy być sobą i nie bać się tego. Na kazaniu podczas mojej Mszy prymicyjnej znajomy ksiądz pallotyn powiedział: „Przy ołtarzu w twojej posłudze masz być sobą, masz być całą historią twego życia”. Stojąc przy ołtarzu, stoi się z całą swoją przeszłością. I to jest coś, co mnie prowadzi. Stojąc przy ołtarzu nie jestem nagle kimś innym, w konfesjonale nie jestem kimś innym. Podczas wywiadu nie jestem kimś innym. Cały czas mam być sobą. Oczywiście jednemu pokażę więcej, innemu mniej, ale zawsze mam być sobą. W byciu księdzem, osobą powołaną, też można być sobą.

Królowa Różańca Świętego nr 47Zamów to wydanie "Królowej Różańca Świętego"!

…i wspieraj katolickie czasopisma!

Zobacz Zamów PDF

Ograniczony dostępTo tylko fragment artykułu…

Całość przeczytasz w "Królowej Różańca Świętego"

To wydanie jest wciąż dostępne w sprzedaży, dlatego ma ograniczony dostęp. Możesz nabyć to czasopismo w bardzo niskiej cenie – już od 2 zł! Zamawiając wspierasz różańcowe inicjatywy. Zapraszamy!

0 0 głosów
Oceń ten tekst!
Powiadamiaj mnie o odpowiedziach
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Czy podoba Ci się ten tekst? – Zostaw opinię!x
()
x